wtorek, 9 września 2014

siedemnasty: dwa światy, które nigdy nie powinny się spotkać

Nie wiem czy jeszcze mnie tu ktoś lubi, czy ktoś jeszcze czeka, czy wszystkie już straciłyście cierpliwość. Jeśli tak to ja się wcale nie dziwię. Pojechałam po bandzie, wiem to doskonale. Ten rozdział ani trochę nie rekompensuje Wam tej długiej przerwy, nie wyszedł tak jak chciałam i właściwie chyba powinnam się uprzeć, zawiesić to opowiadanie i pisać tak długo aż w końcu będę zadowolona. No ale daruję sobie te cyrki z racji tego, że jest to rozdział ostatni, a po nim już tylko epilog, który napisałam dawno temu i bardzo mi się podoba no i mam nadzieję, że w jakiś sposób zatrę nim złe wrażenie po tym rozdziale. Trochę mi wstyd, że publikuję coś takiego, przepraszam :(
 Miałam jechać nad morze leczyć kryzys, a przyjechałam z jeszcze większym, choć szczerze mówiąc – spodziewałam się, że tak będzie. Przez te niecałe dwa tygodnie egzystowałam sobie w jakiejś innej rzeczywistości. Po prostu sobie zapomniałam, że mam jakieś inne życie, do którego muszę wracać.  No a jak już wróciłam do domu to ogarnęło mnie lekkie załamanie. Nie potrafiłam napisać ani słowa i to nie tylko o tą historię chodzi. U Was także jestem na bakier z komentarzami, ale wiedzcie, że czytałam wszystko na bieżąco. Nawet jak byłam nad morzem, bo o blogowym światku tam nie zapomniałam ^^ wydałam ponad 100 zł na internet żeby być na bieżąco.
Przepraszam jeszcze raz.
No ale nie przedłużając już – zapraszam na rozdział siedemnasty i do zobaczenia w piątek/sobotę :)

____________



Ile razy w życiu twoje wyobrażenia idealnie pokrywały się z rzeczywistością? Na pewno choć raz doświadczyłeś czegoś takiego, przynajmniej przez krótką chwilę. Doskonale wiesz jak to jest zatracić się w przekonaniu, że od tego momentu już wszystko będzie układało się tak jak sobie zażyczysz. Brniesz przez życie z klapkami na oczach, jesteś pewny, że nie grozi ci już nic złego. Nie zauważasz nawet, że twoja ścieżka robi się coraz węższa, dopóki nie zaczynasz ocierać się o szorstkie ściany, raniąc swoją skórę. Dalej dążysz do przodu, bo gdzieś tam przecież musi być wyjście, w którymś momencie ścieżka znów musi stać się prosta i łatwa do przejścia. A co jeśli owa droga już do samego końca ma być tak bolesna? Co jeśli pogłębiane z każdym ruchem rany wkrótce cię zabiją?



*



Padał deszcz.
Osadzone na szybie kropelki spływały z niej tworząc niemalże niewidoczne szlaczki, które mimo swojej delikatności były w stanie zniekształcić cały świat znajdujący się tuż za oknem. Tak jak jedna, subtelna dziewczyna, która na pierwszy rzut oka niczym nie wyróżniała się z tłumu, wywróciła do góry nogami cały jego świat.
Szpitalny korytarz stał się w ostatnim czasie niechcianym elementem andreasowej codzienności, którego najłatwiej byłoby się po prostu pozbyć. Jego żołądek wykonywał zamaszysty przewrót za każdym razem gdy się tu pojawiał, ale był to przecież jedyny sposób by jeszcze zobaczyć uśmiech Łucji. Co prawda zaledwie pół godziny wcześniej nie porzucał nadziei na to, że dziewczyna jeszcze opuści szpital, mimo że tkwiła w nim nieprzerwanie od tamtego feralnego dnia. Z dnia na dzień miał tej nadziei coraz mniej, ale dopiero dziś stracił ją na zawsze.
Ktoś położył mu dłonie na ramionach, ale Andreas nawet nie miał ochoty się odwracać żeby zobaczyć kto zakłócił jego samotność. Wiedział doskonale, że kto by to nie był, na pewno nie była to osoba, której obecności potrzebował w tym momencie najmocniej.
- Musisz dotrzeć na lotnisko za trzy godziny – rozpoznał głos swojej siostry, ale sens jej słów musiał docierać do niego nieco dłużej. Uśmiechnął się nikle sam do siebie, ciesząc się, że jest przy nim ktoś kto jest w stanie myśleć o rzeczach tak przyziemnych i przypominać mu o jego obowiązkach.
- Zdążę – odparł cicho, odwracając się do niej twarzą. - Zanim wyjadę chciałbym się dowiedzieć czy z Łucją wszystko w porządku.
Miał ochotę się roześmiać gdy te słowa opuściły jego usta. Czy był jeszcze sens używania słów w porządku i imienia ukochanej w jednym zdaniu?
- Przynieść ci coś do picia? - spytała Julia, na co Andreas pokręcił lekko głową, wiedząc, że nie jest w stanie przełknąć nawet łyczka wody. Mimo to chwilę później siostra przyniosła mu papierowy kubek wypełniony parującą herbatą, która oparzyła jego palce gdy tylko wziął ją w ręce.
Spojrzał na drzwi do sali, w której jeszcze chwilę wcześniej śmiał się i rozmawiał z Łucją. Odruchowo ścisnął ciepły kubeczek w dłoniach odrobinę mocniej, by móc skupić się na bólu, którego źródło było oczywiste i odwrócił się w stronę okna przysłoniętego deszczową zasłoną.
Zaśmiał się szyderczo.
No i gdzie ta wiosna? Przecież to wszystko nie miało tak wyglądać. To miał być czas tylko dla nich; czas, w którym mieli w pełni cieszyć się swoją obecnością. Tak przynajmniej założył sobie Andreas i kompletnie nie spodziewał się takiego obrotu sprawy.


Pół godziny wcześniej

Wiedział, że dzisiejsza wizyta w szpitalu będzie wyjątkowo nieprzyjemna.
Sezon zakończył się w ubiegłym tygodniu, ale jego echo wciąż się za nim ciągnęło i niemalże codziennie brał udział w jakiejś konferencji prasowej lub udzielał obszernego wywiadu. Tym razem miał wyjechać na prawie dwa tygodnie do Berlina by tam podsumować sezon i odebrać specjalne wynagrodzenie za zdobycie złotego medalu w Soczi.
A to oznaczało kolejną rozłąkę.
Tylko że to pożegnanie mogło być ich ostatnim, mimo że Andreas starał się nie dopuszczać do siebie takich przemyśleń. Nikt nie przedstawiał mu oficjalnych informacji na temat stanu zdrowia Łucji, aczkolwiek nie było to konieczne. Zewsząd dochodziły do niego różne pogłoski, które zdawały się odbijać od mętnych ścian i docierać do niego z różnych stron. Wszystko wskazywało na to, że serce Łucji jest coraz słabsze i najprawdopodobniej miała już nie dożyć maja.
Andreas postanowił nie informować dziewczyny o swoim wyjeździe by nie narażać jej na dodatkowe szkodliwe dla niej emocje. Choć nie był pewien czy ten pomysł był prawidłowym posunięciem. Bo czy jego nieobecność nie wywoła w niej identycznych uczuć?
Drogę do jej sali znał już na pamięć, choć z dnia na dzień zdawała się robić coraz dłuższa i trudniejsza do przebrnięcia. Nie wiedział już czego może się spodziewać po wkroczeniu do pomieszczenia, bo nie najlepszy stan zdrowia Łucji uzewnętrzniał się na różne sposoby. Najczęściej była po prostu trochę słaba, ale potrafiła prowadzić z nim rozmowę. Niestety raz już zdarzyło się i tak, że dziewczyna obrzuciła go wzrokiem tak obojętnym jakby był dla niej kimś zupełnie obcym. Nie rozpoznała go.
Tego dnia na całe szczęście, Łucja była w dosyć dobrej kondycji i bez przeszkód można było z nią rozmawiać.
Musnął delikatnie ustami jej czoło na powitanie i pomógł jej podnieść się do pozycji siedzącej, a następnie sam zajął swoje stałe już miejsce na krzesełku obok jej łóżka.
Codziennie obsypywał ją barwnymi historiami, których nigdy nie brakowało mu z uwagi na towarzystwo, w którym obracał się przez większą część swojego życia. Tego dnia miał dla niej wiadomość, w którą sam nie dowierzał.
- Geiger znalazł sobie dziewczynę, wierzysz w to?
Uśmiech na jej twarzy znacznie poprawił mu samopoczucie. To jeszcze nie mógł być koniec. Łucja na pewno opuści jeszcze szpital, choć na chwilę.
- A czemu miałabym nie wierzyć? Może ona też ma niezdrową obsesję na punkcie Pou. Wspólna pasja łączy ludzi jak nic innego.
- Nie wiem czy to wspólna pasja. Ostatnio stało się coś nieprawdopodobnego, bo ten jego ziemniak zaczął się odzywać, wiesz tak jak wszystkie te stworzenia kiedy są głodne albo coś innego im nie pasuje. No a on to zignorował. Geiger zignorował swojego Pou!
- Za to ty, widzę, przejąłeś jego rolę i zacząłeś się martwić – zaśmiała się Łucja, na co Andreas pokręcił głową z dezaprobatą, ale sam również się uśmiechnął.
Wtedy do pomieszczenia wszedł doktor Littmann, który zajrzał do jakichś dokumentów, po czym spojrzał na Łucję nie wyrażając żadnych emocji. Żadnego współczucia, żadnej litości. Potem zanotował coś w swoich notatkach, a zanim wyszedł, z całą swoją beznamiętnością rzucił:
- Takie przebłyski świadomości będą teraz coraz rzadszym zjawiskiem.
Andreas przypomniał sobie wzrok Łucji z tamtego dnia, gdy jej świadomość całkowicie zaniknęła. Serce mu się skurczyło, ale nie mógł sobie pozwolić na okazanie swojej słabości. Znów przyszło mu udawać, że jest niezniszczalny i potrafi unieść każdy ciężar.
- Co za człowiek – mruknął gdy lekarz opuścił pomieszczenie po to by na innych pacjentów zrzucać wyroki. - Wiem, że to jego praca, ale on się w nią chyba wczuwa aż za bardzo.
Łucja wzruszyła ramionami. Słowa doktora odbijały się echem w jej głowie, próbując wycisnąć z niej łzy, ale postanowiła powstrzymywać je dopóki Andreas nie opuści sali.
- Ja tam lubię gościa. Nigdy nie pozwalał mi się łudzić, to chyba dzięki niemu nie popadłam w depresję, tylko starałam się wykorzystać czas, który mi pozostał.
Zapadła cisza, w której dało się słyszeć jedynie ich oddechy. Po chwili Łucja zadrżała lekko, pod wpływem emocji, których nie była już w stanie trzymać na wodzy. Wellinger spojrzał na nią zaniepokojony, ale ona unikała jego wzroku.
- O Boże, Andreasie – wyrzuciła z siebie w końcu, kręcąc głową z niedowierzaniem. - Nie mogę znieść myśli, że kiedyś tu wejdziesz, a ja cię nie rozpoznam.
Andreas skwitował to milczeniem. Nie chciał jej mówić, że taka sytuacja miała już miejsce i zniósł ją całkiem nieźle. Pogorszyłby tylko stan, w który popadła jego ukochana, a i tak wyglądało na to, że Łucja nie ma zamiaru zachowywać spokoju. Wplotła ręce we włosy i zacisnęła palce na swoich kosmykach tak jakby chciała się ich pozbyć.
- Luzzie, uspokój się... - poprosił kładąc dłoń na jej ramieniu.
Łucja nie zamierzała się jednak przychylać do tej prośby. Łzy wylewały się z jej oczu, a jej ciało drgało gwałtownie z każdym żałosnym łknięciem, które z siebie wyrzucała. Urządzenie, które monitorowało pracę jej serca zaczęło wydawać z siebie dźwięki z coraz większą częstotliwością.
Andreas poderwał się na równe nogi, ale zupełnie nie wiedział co zrobić by ją uspokoić, aż nagle ona sama zamilkła.
Wzięła głęboki wdech. A raczej spróbowała go wziąć, bo powietrze, które wdychała zdawało się być tak gęste, iż nie była w stanie go przełknąć.
Dusiła się.
Był tak zamroczony paniką, że nie zauważył nawet kiedy wyproszono go z sali.
I od ponad trzydziestu minut sterczał w tym samym miejscu, czekając na jakiekolwiek wieści, choć doskonale wiedział, że nikt mu niczego nie przekaże, bo nie był członkiem rodziny. Rodzice Łucji w międzyczasie również pojawili się w szpitalu, ale Andreas tylko skinął im głową na powitanie, ani myśląc o nawiązywaniu rozmowy. To nie był moment na pogaduszki, tym bardziej że państwo Migoń wyglądali na całkowicie załamanych i nawet gdyby Wellinger mocno chciał, nie mógłby ich pocieszyć.
Lekarze opuścili w końcu salę i przeszli obok niego jakby był co najmniej jakąś rzeźbą, która zawsze stała w tym miejscu, a jego obecność nie była żadnym odstępstwem od normalności. Podeszli do rodziców dziewczyny, a on opadł na krzesło starając się podsłuchać jak najwięcej, choć od małego wpajano mu, iż kultura tego zabrania.
Chrzanić kulturę.
- Myślę, że to kwestia dni, w porywach tygodni – usłyszał skrawek wypowiedzi jednego z lekarzy i to wystarczyło mu by pojąć, że dziś widział się z Łucją po raz ostatni.
Nacisnął klamkę do jej sali, przekonany że drzwi zostały zamknięte jednak ku jego zaskoczeniu - ustąpiły. Rozejrzał się kilka razy, nie chcąc zostać przyłapanym. Zdawał sobie sprawę z tego, że nie powinien tam wchodzić, ale czuł taką potrzebę.
Łucja wyglądała po prostu tak jakby spała.
Tylko okalające ją rurki, które dotleniały jej organizm były dowodem na to, że stan, w którym się znalazła wcale nie był snem, a czymś czemu już znacznie bliżej do śmierci.
Zacisnął swoje palce na jej ręce. Przeszył go bijący od niej chłód, który przecież odczuwał za każdym razem, kiedy chwytał dłoń Łucji. Dopiero teraz ten chłód wydał mu się przerażający. Cofnął swoje palce, a dłoń dziewczyny opadła bezwładnie na materac.
Spojrzał jeszcze raz na jej zamknięte oczy, czując jak emocje wzbierają się w nim po to by za chwilę wybuchnąć. Przypomniał sobie te wszystkie bajki, które w dzieciństwie znał każdy z nas. Tam siła miłości wystarczała by uratować życie bliskiej osobie. Niestety rzeczywistość nie była tak łatwa jak przedstawiano ją w naiwnych historiach. Można kogoś kochać całym sercem, ale w obliczu śmierci to i tak jest niczym.
Potrząsnął głową, chcąc pozbyć się obrazów, które widział przed chwilą i pospiesznie opuścił salę. Zdecydowanie wolał zapamiętać Łucję z najlepszych chwil, które spędzili razem.





Łucja umrze.
Nie chciał słyszeć tego po raz kolejny.
Wbrew jego woli te słowa wciąż wirowały w jego głowie. Nie mógł nad tym zapanować. Te słowa były jak melodia z zaciętego odtwarzacza, którego nie da się wyłączyć. Uciążliwe i niechciane.
Łucja umrze, Łucja umrze.
Zatkał uszy i mocno zacisnął zęby, ale to nic nie dało. To były dźwięki, które siedziały w jego głowie i nic nie było w stanie ich zagłuszyć. Intensywnie wylewał łzy, świadczące o jego bezsilności. Nie chciał dopuścić śmierci Łucji do świadomości, ale co miało mu to dać? Nie mógł w ten sposób zmienić rzeczywistości.
Przechodzący ludzie mijali go obojętnie, czasami rzucając na niego nic nieznaczące spojrzenie. Na szpitalnym korytarzu co jakiś czas ktoś wybuchał płaczem, nie mogąc tłumić w sobie bólu po stracie ukochanej osoby. Jego Łucja jeszcze żyła, ale jej życie już chyliło się ku końcowi. Zostało jej może kilka dni, a w najlepszym wypadku – tygodni, w czasie których i tak miała już nie otworzyć swoich oczu. Śmierć miała zabrać ją we śnie.
A jego przy niej nie będzie.
Nawet się z nią nie pożegnał.
Nie bacząc na swoją opuchniętą twarz, która na pewno nie przystała młodemu mężczyźnie, opuścił pomieszczenie, kierując się prosto na szpitalny parking. Nie mógł znieść tego miejsca ani minuty dłużej.
Słońce w końcu zdołało przedrzeć się przez chmurną zasłonę. Na granatowym tle nieba ukazała się kolorowa tęcza, tworząca mocno sielankowy krajobraz. Po deszczu pozostały już tylko krople deszczu, które osadziły się na trawie i śliski, błyszczący się asfalt.
W jego głowie za to rozpadało się na dobre i nic nie wskazywało na to, żeby słońce szybko miało dla niego wzejść.
Jego samochód przecinał drogę z zawrotną prędkością, ale nawet to nie dało ukojenia jego zszarganym nerwom. Nie wyrzuciło z jego głowy tego uporczywego głosu, który nieprzerwanie przypominał mu o nieuniknionym.

Te okrutne demony opanowały całe jego ciało, krew w nim wrzała i miał wrażenie, że za chwilę wszystko w nim eksploduje. Jego własny los był mu w tym momencie obojętny. Jedyne czego pragnął to tego, by wszelkie pokłady uczuć, które w sobie miał, wyparowały gdzieś w tym pędzie. Wszystko wskazywało jednak na to, że w tej zawrotnej prędkości jedyną rzeczą jaką udało mu się zgubić był zdrowy rozsądek, który odzyskał dopiero gdy zobaczył jakąś małą dziewczynkę, która nieświadoma prędkości z jaką zbliżał się do niej samochód, przemykała przez drogę ze swoim małym, różowym rowerkiem. Andreas zahamował gwałtownie, ale ulica wciąż była śliska i samochód mimo wciskanego z całych sił hamulca, dalej brnął do przodu. Chcąc uchronić dziecko przed własną głupotą szarpnął kierownicą zmuszając pojazd do skrętu w prawo. Ostatnim co zauważył to betonowa ściana, a potem rozległ się głuchy trzask, gdy cały wielki świat zwalił mu się na głowę.

6 komentarzy:

  1. Popatrz no. Miałam iść spać, bo jakoś wyjątkowo mało lekcji miałam, ale gdy tylko zobaczyłam rozdział, nie mogłam go ominąć.
    I poryczałam się, cholera. Na amen.
    Dziś nie dam rady, ale gdy jutro powrócę ze szkoły, pierwszą rzeczą, którą zrobię, będzie napisanie stosownego komentarza.
    Buziaki, słoneczko! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem, co zrobisz. Na bank wiem, co. Sądzę, iż po przeczytaniu epilogu tylko utwierdzę się w tym przekonaniu.
      No ale dobra. Wróciłam, zjadłam, wypiłam kawę i jestem.
      Wiesz, że na początku byłam na niego zła? Najzwyczajniej w świecie mamrotałam pod nosem - idioto, co to wyprawiasz?! Bo ona mu tam umiera, a on ma zamiar gdzieś tam lecieć, by podsumować sezon. No bez jaj. powinni zaprzęgiem pięciu wołów go odciągać od jej łóżka, a nie.... No ale dobra, nieważne. Przeżywał chłopak to, co się z nią dzieje, niewątpliwie, tudzież byłam skłonna mu wybaczyć to wszystko. A Łucja jest taka biedna, nawet nie pamięta, ba! nie sądzi nawet, iż sytuacja, podczas której potraktowała Andreasa jak obcego człowieka, miała miejsce. I te kilka tygodni, może nawet i dni. Klęłam w myślach, bo to jedyna para bloggerowa, dla której nie wyobrażam sobie tragicznego zakończenia, mimo iż od początku nie miałam co do takowego wątpliwości. Tak sobie myślę, że podczas czytania epilogu będę ryczeć już na amen, ale co tam, ja płakać lubię.
      A gdy przeczytałam o tym, że Welli wsiada do samochodu, rusza z zawrotną prędkością, wiedziałam, iż skończy się to wypadkiem, nie sądziłam jednakże, że on skręci, chcąc ominąć małe, bezbronne dziecko, które faktycznie - nigdy nie powinno być ofiarą osobistych tragedii kogoś innego. Dziewczynka przeżyła, on pewnie nie, tak sądzę, jeśli moja wersja zakończenia, którą mam w głowie, pokrywa się z Twoją.
      A pewnie tak jest.
      Nie chcę teraz jej zdradzać, jeśli nie trafiłam, pozostanie to moją tajemnicą.
      Dobrze, skarbie. Nie narzekaj tu więcej, bo nie wiem, co z Tobą zrobię. Przecież jak zwykle wszystko jest świetne i idealne. Choć rozumiem, autor zazwyczaj tak ma, iż nie jest zadowolony z tego, co stworzy, piszę tak z własnego doświadczenia, zarówno tego pisarskiego jak i plastycznego. Taka natura człowieka :)
      I teraz to ja już chyba zakończę, ponieważ muszę iść do francuskiego. To rozszerzenie na maturze samo się nie napisze.
      Buziaki, złotko! :*

      Usuń
  2. Jestem, czekałam i się doczekałam<3
    I wiesz co? Chyba nie...
    Dobrą, nawet o tym na razie nie myślę, bo nie będę takiej perełki na szybko komentować. Ale nie muszę nic o mokrych oczach dodawać.
    No nie muszę, bo ty to po prostu wiesz.
    Więc sobie wrócę do moich białek czy tam lipidów wirusowych, a jak jutro napiszę z nich sprawdzian to zaraz tu wrócę.
    Kooocham;*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze;) No więc mam teraz okienko, nie mam co z sobą zrobić i mogę się zabrać do rzeczy. No... I z góry przepraszam za jakość tego komentarza bo piszę go z komórki, a ponadto spałam dziś dwie godziny. Ale idę do treści, bo jest ona znacznie, znacznie ciekawsza od mojej nieudolności... Nasz Andi jak widać wreszcie się załamał, a może tp złe słowo. Może to po prostu zwyczajny bunt przeciwko tej cholernej niesprawiedliwości, albo pytanie- jak będzie wyglądać życie bez osoby, która jest jego głównym sensem, główną treścią. I właściwie cóż rzec- swoje zrobił. Był przy niej dzień po dniu, okazywał pogodę ducha, czasem nawet na siłę... Ale w końcu chyba zrobił swoje i miał prawo wpaść w dołek. Ja go podziwiam, bo sama zrobiłabym to już na samym początku i moja miłość miałaby ze mnie znacznie więcej cierpienia niż wsparcia.
      Ale chodźmy dalej... Ten wypadek, ta dziewczynka na rowerku... To były obrazy, jak takie jaskrawe światełka biegające mi przed oczami. Chyba nawet nie zastanawiałam się nad tym fragmentem czytając wczoraj, nawet nie płakałam. Po prostu w niego wpadłam. A poryczałam się dopiero po tym ostatnim zdaniu... Bo mimo, że cały rozdział, całe zachowanie tego biedactwa do tego prowadziło- ja się tego nie spodziewałam. I teraz myślę czy na prawdę... Czy on na prawdę, no wiesz. Ja się chyba powstrzymam od takich wniosków. Ale myślę, że jednak nie. Bo kołacze mi w głowie ten tytuł epilogu: "Miło Cię było poznać. Żegnaj". I to mi jakoś nie pasuje do zakończenia, w którym umierają oboje, a ty piszesz w dodatku, że nie zmieniłaś go. Chyba, że... Przyznam przychodzi mi do głowy jedno absurdalne wyjście z tej sytuacji, ale zrezygnuję z przytaczania go, bo byłby serio jeszcze okrutniejszy niż to na co szykuję się od dawna...
      Ehhh... To jest cudowne wiesz, oczy wybałuszam. I serio jedyne na co można by marudzić to to czekanie, ale to nic złego. Wszyscy musimy czasem zwyczajnie uciec od rzeczywistości do jakiegoś znacznie piękniejszego od niej świata, bo codzienność strasznie męczy, szczególnie ta jej szkolna część:p
      Buziaki i czekam na weekend.
      Trzymaj się :*

      Usuń
  3. Rozdział taki smutny i emocjonalny. Według mnie jeden z najlepszych rozdziałów tej historii. Nie wiem co napisać. Dopiero dzięki temu rozdziałowi doszła do mnie ta brutalna rzeczywistość, że to już prawie koniec. Że losy Łucji i Andiego skończą się. Ech:-( jesteś jedną z moich ulubionych pisarek skoczkowych. Warto było czekać na te wszystkie fantastyczne rozdziały. Uwierz w siebie bo naprawdę świetnie piszesz! Masz ogromny talent.
    Pozdrawiam Cię serdecznie :-*
    Natalia

    OdpowiedzUsuń
  4. O boże. Nienienienienienienienienienie!!!
    Nie uśmiercaj mi tu Andreasa! W ogóle to wolałabym żeby Łucja też żyła, a ona jest coraz słabsza. :((((

    OdpowiedzUsuń