sobota, 31 maja 2014

jedenasty: ciesz się póki możesz

Andreas opuścił autokar, a w jego uszy momentalnie wdarły się nawoływania kibiców.
Paradoksalny był fakt, iż był członkiem niemieckiej kadry najkrócej, a wśród setek zebranych przy hotelu kibiców, najwięcej było tych, którzy krzyczeli jego imię. Było tak od samego początku jego kariery w seniorskiej reprezentacji. Nigdy nie był anonimowym młodzikiem, który mógł cichaczem przemknąć obok fanów, gdyż ci nawet nie rozpoznali w nim zawodnika. Szumny debiut w którym prowadził po pierwszej serii, ostatecznie zajmując piąte miejsce sprawił, że fanki od razu upatrzyły sobie w nim obiekt do codziennych westchnień i fantazji, które nie miały prawa bytu. W jednym konkursie zyskał sympatię tylu kibiców, o ilu jego starsi koledzy walczyli latami.
Lubił swoją popularność. Dzięki niej wiedział, że to skakanie na dwóch deskach ma jakiś sens, jednak w chwilach takich jak ta, wolałby przemknąć niezauważony, przyćmiony osobą Severina i położyć się do łóżka, po to by zdrzemnąć się choć chwileczkę. Napięty Terminarz zaczął się odbijać na jego samopoczuciu. Tuż po zakończeniu Turnieju Czterech Skoczni, wraz z resztą zawodników musiał przenieść się do Bad-Mitterndorf, dopiero po oddaniu skoków w konkursach na skoczni mamuciej, mógł wrócić do domu i to dosłownie na parę chwil, po to by wymienić brudne ubrania na te świeższe i zamienić kilka słów z rodziną. Nim Andreas się obejrzał był już w drodze do Polski.
Polski, w której ludzie czerpali największą radość ze zdobywania autografów i zdjęć z zawodnikami. Polscy kibice potrafili wyczarować wspaniałą atmosferę, choć czasem bywali odrobinę męczący. Jednak Andreas, odmawiając im tego o co prosili, postąpiłby wbrew sobie, w końcu musiał dawać swoim zwolennikom (a raczej zwolenniczkom) powody, dla których tak go uwielbiali. Niestety nie mógł zadowolić wszystkich osób, które czekały na jego autograf. Był tylko człowiekiem, a jego organizm coraz bardziej domagał się snu. By zrekompensować reszcie choć w minimalnym stopniu brak autografu, uniósł dłoń i pomachał do tłumu, po czym zniknął za szklanymi, rozsuwanymi drzwiami.
-Kiedyś zgubimy cię w tym tłumie – stwierdził trener, gdy Wellinger pojawił się w jego polu widzenia. - Będziesz wracał do domu na własną rękę – dorzucił żartobliwie, klepiąc go lekko w ramię, jednak poziom znużenia jaki go opanował, sprawiał, iż nawet tak niewielka siła, wymusiła na nim łapanie równowagi.
-Mogę wracać do Niemiec nawet na piechotę – odparł Andreas – tylko, błagam, dajcie mi się zdrzemnąć choć chwilę!


Cisza i spokój.
Wellinger kręcił się przez chwilę w swoim tymczasowym łóżku, a gdy w końcu znalazł odpowiednią pozycję do snu, Wank przypomniał mu, iż bycie jego współlokatorem wyklucza wszelkie przejawy ciszy.
Drzwi ich pokoju otworzyły się z hukiem, a starszy Andreas wszedł do ich lokum, ciągnąc za sobą całą resztę drużyny.
-Nasz maluszek na pewno nie będzie miał nic przeciwko – oznajmił, gdy ostatni z zawodników zamknął za sobą drzwi.
-Nie jestem żadnym maluszkiem – mruknął Wellinger, wbijając nos w swoją poduszkę. Nie chciał nawet pytać czemu miałby być przeciwny, gdyż wiedział, że wszelkie próby jego protestu zostaną zignorowane.
-To, że znalazłeś sobie jakąś tam dziewczynę, wcale nie robi z ciebie dojrzałego mężczyzny – odparł Severin, siadając na jego łóżku, a konkretniej na jego stopach. Andreas nie miał nawet siły by zwrócić mu uwagę, toteż skwitował to milczeniem i czekał, aż Freund sam zorientuje się, że coś wbija mu się w ten chuderlawy tyłek. Za jakąś tam dziewczynę postanowił przyłożyć mu innym razem. Najlepiej w czasie konkursu, wygrywając.
-A mi się właśnie wydaje, że ta dziewczyna mocno go zmieniła – dodał Kraus, a po jego słowach rozległo się trzaśnięcie. Wellinger spojrzał ukradkiem na wyczyny starszych kolegów i dostrzegł, iż Wank razem z Marinusem usiłują przenieść niewielki stojący przy ścianie stolik na środek pokoju. Po drodze przewrócili jednak jedno z krzeseł, robiąc przy tym mnóstwo hałasu.
-Będziemy grać w pokera – wyjaśnił Wank, jakby wyczytał ze zmęczonych oczu młodszego kolegi to pytanie, po czym zwrócił się do Freitaga, który właśnie pojawił się w drzwiach: - Kupiłeś żelki?
-Nie – odparł Richie. - A miałem kupić?
-A o co chcesz grać do jasnej cholery?! - oburzył się Severin. Wyraził swoją dezaprobatę tak głośno, iż Andreas musiał na chwilę nakryć głowę kołdrą, by jego wrzask nie rozsadził mu głowy.
-No dobra! - Freitag uniósł ręce, gestykulując w bliżej nieokreślonym celu. - Po co tyle emocji? Już idę po te wasze żelki!
-Grasz z nami, Welli? - spytał Wank, gdy Freitag zniknął im z oczu.
Zero reakcji.
-Stawka jest bardzo wysoka! - zachęcił go Severin, klepiąc go lekko w nogę. Jednak w odpowiedzi, Andreas strącił jego dłoń i podciągnął kolana pod samą brodę, mrucząc przy tym jakieś niezrozumiałe słowa.
-Wellinger, bo nie będziemy się drugi raz prosić.
I chwała Bogu! - pomyślał, a chwilę później wypowiedział to na głos, jednak zrobił to w taki sposób, iż dla jego kolegów przekaz ten był kompletnie niewyraźny, toteż nie przyjęli go do świadomości.
-Ziemia do Wellingera! - krzyknął Kraus.
Andreas schował głowę pod poduszkę, a w stronę kolegów skierował zaciśniętą dłoń z wyciągniętym wiadomym palcem, który niewerbalnie przekazał starszym zawodnikom jak jego właściciel zapatruje się na ich karciane potyczki.
Wank wydał z siebie zduszony okrzyk pełen zniesmaczenia, a następnie wyraził swoje oburzenie słownie:
-A żebyś przepadł jutro w kwalifikacjach!
Po tych słowach głowa młodszego Andreasa wystrzeliła w górę, a jego oburzony głos oznajmił Wankowi stanowczo:
-Ja nie muszę się kwalifikować!
Starszy Andreas aż poczerwieniał na twarzy z oburzenia, a gdy Wellinger przyglądał mu się dłuższą chwilę, miał wrażenie, że z jego uszu za chwilę buchnie gęsta para. Wank jednak w inny sposób dał upust swojej złości:
-Totalna olewka, ale żeby się wywyższać to zawsze chętny!
Severin przeciągnął się nonszalancko, uśmiechając się przy tym prawie tak szeroko jak ucharakteryzowany klaun, po czym wtrącił się do rozmowy:
-No a ja za to powalczę sobie jutro o Kryształową Kulę, w końcu z nas wszystkich to mi do tego najbliżej.
Wellinger, wykorzystując swoje możliwości przysługujące mu przez fakt, iż Freund siedział na jego łóżku, kopnął go mocno w tyłek, prosząc go w ten sposób by się zamknął.
-Na opaskę Hofera! - krzyknął blondyn, podskakując lekko. - Chcesz mi stłuc mój tyłeczek i pozbawić mnie tych szans? Co to to nie, ty mały zazdrośniku! Zobaczysz, jutro ja wygram!
Po moim trupie, to ja przyjechałem tutaj po wygraną – pomyślał Wellinger złośliwie, jednak nie wypowiedział już tych słów na głos, ponieważ nie miał pewności czy nie padnie trupem w tamtym momencie, skazany na niechciane towarzystwo, pozbawiające go snu, którego potrzebował.


Myślał, że upragniony sen nigdy nie nadejdzie, jednak wraz z zakończeniem gry w pseudopokera, w pokoju ponownie zapanowała cisza i nawet Wank zdawał się szanować wolę młodszego kolegi. Krzątał się po ich lokum bardzo cicho, a Andreas w końcu mógł zamknąć powieki na trochę dłużej niż tylko króciutką chwilę.
Wciąż jednak nie na tak długo jakby sobie tego życzył.
W środku nocy jego telefon rozdzwonił się jak sygnał alarmujący o nadchodzącym niebezpieczeństwie i tak też poniekąd było, choć Wellinger nawet się tego nie domyślał. Jego spowolnione przez sen myśli podsunęły mu obraz Łucji, której był w stanie wybaczyć tą pobudkę Na ekranie nie zobaczył jednak imienia ukochanej. Nazwisko Karla Geigera krzyczało do niego z wyświetlacza, drwiąc z jego naiwności.
Andreas zerknął odruchowo w stronę Wanka, by sprawdzić czy on także nie został obudzony. Nic takiego się nie stało, Wank nawet nie drgnął, a Wellinger westchnąwszy z zazdrością, odebrał telefon.
-Stary, mam problem! - oznajmił Karl na wstępie. - Gdzie te japońskie kible mają spłuczkę?
-Że co? - mruknął Andreas w odpowiedzi, a chwilę później do jego zaćmionej jeszcze snem głowy dotarł fakt, iż Geiger przebywał właśnie w Japonii, walcząc o punkty w Pucharze Kontynentalnym. - Zdajesz sobie sprawę z tego że mamy środek nocy?
-Tak? - zdziwił się jego rozmówca. - Wybacz, ciągle zapominam o tej cholernej różnicy czasu - wytłumaczył się natychmiast, jednak zamiast taktowanie się rozłączyć, postanowił zagłębić się w dręczący go problem. - Auć. Nie wiem jak wyłączyć to ogrzewanie a już zaczyna mnie parzyć w tyłek.
Jego głowa odpadła bezsilnie na poduszkę, uderzając w nią kilka razy. Tak jakby Andreas spodziewał się, że w ten sposób wybudzi się z absurdalnego snu. Wszystkie fakty wskazywały jednak na to, że to co się działo było rzeczywistością.
-Halo! - krzyknął Karl. -Jestem w potrzasku, ratuj! Aua! Nie wytrzymam tu dłużej, zaraz przypali mi się tyłek.
-O ile mi wiadomo nie pojechałeś tam sam, na pewno znajdziesz kogoś kto się na tym zna... - odparł Wellinger resztkami swoich sił.
-Hej, nie zostawiaj mnie tak! - rozkazał Geiger desperacko, z nadzieją że jednak uzyska,jakąś pomoc. - Andi, jesteś tam? ANDI!
Andi zdążył już jednak z powrotem zapaść w głęboki sen, wypierając problemy Geigera gdzieś poza swój umysł.


Mimo że noc nie należała do najłatwiejszych, Andreas czuł w sobie siłę i wiedział, że stać go na wiele. Musiał się tylko postarać by przełożyć tą siłę na wynik, co w pierwszej serii nie wyszło mu tak jakby chciał.
Oczywiście, inny zawodnik z pewnością by go wyśmiał, gdyby dowiedział się, że Wellinger gardzi miejscem na podium, ale jego interesowało tylko zwycięstwo.
Po to przyjechał do Polski.
To obiecał Łucji, która zaznaczyła, iż jeśli mu się to uda, może do niej nie wracać. Andreas miał jednak swoją interpretację tych słów i wiedział, że Luzzie także trzyma za niego kciuki, a wiadomość, którą do niego wysłała była tylko otoczką, pod którą chciała ukryć fakt, iż ktoś był w stanie zmącić jej nieskazitelny patriotyzm.
Gdy zasiadał na belce by oddać swój drugi skok to właśnie ją miał w głowie. Jej uśmiechniętą twarz i błyszczące radośnie, niebieskie oczy. Oddychał w końcu powietrzem, którym oddychała ona zanim wyjechała do Niemiec.
To powietrze unosiło go wysoko nad ziemią, nie pozwalając mu jednak na osiągnięcie nawet sto trzydziestego metra, co sprawiło, iż jego ciałem zawładnęła panika. Starał się jej nie uzewnętrzniać, posyłając do kamery uśmiechy, które powalały na kolana nie jedną fankę. On także miał ochotę paść na kolana. Chwile niepewności bezlitośnie się dłużyły, a on zaczął tracić już nadzieję. Kamil Stoch oddał doskonały skok i pokonanie go wydawało się niewykonalne.
A jednak.
Gdy zobaczył w końcu przy swoim nazwisku jedynkę miał już nie tylko ochotę by paść na kolana, ale także wywrzeszczeć całą swoją radość, mimo że to wcale nie oznaczało jeszcze wygranej. Znów musiał to w sobie stłumić i ograniczyć się jedynie do szerokiego uśmiechu.
Zmienił na prowadzeniu lidera polskiej kadry, Kamila Stocha, dusząc w sobie wybuch tryumfalnego śmiechu. Oczywiście darzył go wielkim szacunkiem, jak wszystkich starszych od siebie zawodników (tak, nawet Severina i spółkę), ale wspomnienie porażek, które poniósł u siebie z reprezentantami Polski, w jakiś sposób wywołało w nim nieodpartą chęć pokonania ich na polskim terenie, do czego wielkimi krokami dążył.
Po skoku, który tymczasowo dał mu prowadzenie był mocno rozkojarzony, dlatego kiedy skaczący po nim Michael Hayboeck przyszedł mu pogratulować występu, Andreas nie był pewien czy powinien zebrać manatki i ustąpić mu miejsca, czy też wciąż pozostawał liderem.
Ku jego wielkiemu szczęściu, Austriak tuż po złożeniu mu krótkich gratulacji odszedł gdzieś na bok by uporać się ze swoim sprzętem.
A to oznaczało jedno.
Był o krok od zwycięstwa!
Tylko niestety ten krok nie należał już do niego. Mógł już tylko stać i patrzeć na rozwój wydarzeń.
Z miejsca, w którym stał niewiele dało się zobaczyć, jednak grupowy jęk zawodu, wywołany przez polskich kibiców, dał mu jasno do zrozumienia, że ostatni z ich reprezentantów się nie popisał. Nie dopuścił do siebie jak na razie takiej myśli. Wolał poczekać na ostateczny werdykt, niż później brutalnie się rozczarować.
Miał wrażenie, że skocznia nagle opustoszała. Głosy kibiców przycichły, sprawiając, iż bicie jego serca stało się słyszalne dla całego świata. Złożył ręce jak do modlitwy i przyłożył je do ust, po czym znów opuścił je wzdłuż swojego ciała, kompletnie nie wiedząc jak wyładować napięcie, które go opanowało.
Spiker odezwał się, przywracając Andreasa do rzeczywistości. Głosy kibiców znów dochodziły do jego uszu jednak nic nie było w stanie zagłuszyć tego co po chwili ogłoszono.
-Panie i panowie! Gorące brawa dla dzisiejszego zwycięscy. ANDREAS WELLINGER!
Nie wiedział co stało się z nim chwilę później. Być może stracił na moment zmysł równowagi, ale koledzy nie dali mu tego odczuć, łapiąc go natychmiastowo w radosny uścisk, a on w końcu pozwolił sobie na wyrzucenie z siebie emocji. Jego radosny krzyk i tak utonął wśród głosów reszty niemieckich skoczków, którzy przekrzykiwali się w gratulacjach.
On naprawdę tego dokonał...
Wygrał zawody Pucharu Świata.
Naprawdę to zrobił!
Ten jeden sukces obudził w nim chęć kolejnych. Zwycięstwo w Wiśle stało się dla niego doskonałą nagrodą za lata treningów i wyrzeczeń, a co najważniejsze – była to idealna motywacja do dalszej walki o dużo więcej niż tylko to jedno zwycięstwo.
___________________
Miało być jeszcze w maju, więc jest. W ostatniej jego minucie ;)
Oto efekt mojego niebezpiecznie dobrego humoru. To źle mi wróży. A jeszcze gorzej wróży to Andreasowi i Łucji, bo za niedługo tutaj kończę ;)
A teraz przepraszam Was bardzo, rozumiem, że możecie mieć na tą sprawę różne poglądy, ale nie będę sobą, jeśli nie zrobię tego co mam zamiar zrobić.

HALA MADRID Y NADA MAS!


5 komentarzy:

  1. I czy życie nie mogło by właśnie tak wyglądać? No jasne, teoretycznie i mogło, ale wtedy to szczęście nie byłoby takie prawdziwe i świetliste.
    Bo jak się na coś czeka to się to potem kocha bardziej- ale dobra, rozpisuję się w sumie nie na temat, bo to przecież opowiadanie o Pieszczoszku, a nie o Maćku;) Ale jakoś samo wyszło.

    Andi nauczył się chyba żyć ze swoim uczuciem. Przynajmniej chwilowo żyć "właściwie"- wiem kiepskie słowo. Myśli o niej, pewno się też boi, ale umie skupić się na wyrzuceniu skoczków z pokoju, albo na życiowym problemie Karla. Na boku, ja się już przygotowałam, że chodzi tylko o Pou, a tutaj kolejny akt "geniuszu" pana Geigera". Bo co, przecież to bardzo poważna sprawa spalenie jego tyłka. I Andreas nie powinien nawet śmieć myśleć o czymkolwiek innym.
    A na deser te żelki. Ja myślałam, że oni chcą coś nieładnego z tymi kartami robić (bo przecież oni setki pomysłów by mogli mieć) a tu na żelki.
    W sumie czemu nie? Tylko bym o tę tzw "malinki" co je w kinie sprzedają Rysia poprosiła;p
    I to jest takie chwytające za serce to przypomnienie najmilszych chwil z sezonu. A ty to robisz świetnie<3
    A w ogóle ja nie chcę żadnego końca.
    I dobrze wiesz jak bardzo się go boję.
    Ale niezależnie od tego jaki będzie to to jest jedno z najprawdziwszych i najbardziej zapadających w pamięć opowiadań.
    Kocham;*
    I dużo weny, chyba Real Ci jej dostarczył. No a Andiemu i Łucji troszkę szczęścia;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana ten rozdział jest cudowny. Jejku, ostatnio humor mi nie dopisuje, ale czytając to szczerze się śmiałam. Karl jest taki kochany. Mam nadzieję, że mu się ten tyłeczek jednak nie przypalił, bo było by szkoda. Swoją drogą to Andi serca nie ma, biednemu Karlowi nie pomógł.. Jak on tak może. Hah i jeszcze Freund. Oni wszyscy są świetni, ale on tutaj wygrał wszystko. Na opaskę Hofera, ten rozdział jest świetny. Heh i jeszcze granie w pokera o żelki. To są Niemcy, tego nie ogarniesz.. I ja bym mogła się tutaj jeszcze tak dłużej zachwycać i wzdychać, ale historia czeka.
    Także życzę dużo weny i by humor nadal ci dopisywał.
    Buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
  3. Karl rozwalił system<3

    OdpowiedzUsuń
  4. Prosimy o nowy rozdział:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo mi miło, że ktoś na to czeka :) Skończyłam dziś szkolną harówę, oceny wystawione, więc mogę się skupić na pisaniu :) Obiecuję, że już biorę się za kończenie tego co udało mi się napisać w przerwach między otwieraniem i zamykaniem kolejnych podręczników :*

      Usuń