niedziela, 18 maja 2014

dziesiąty: każde pożegnanie może być tym ostatnim

Dla Monii <3 za to, że pomogła mi się ogarnąć w najgorszym momencie mojego dotychczasowego życia :)


Stojąca przy oknie choinka, emanowała najsilniejszym blaskiem na jaki było stać malutkie choinkowe lampki, a ów blask wystarczył jedynie na oświetlenie niewielkiego fragmentu salonu. Andreas siedział w zasięgu jej nikłego światła, zupełnie tak jak wtedy gdy był malutkim, naiwnym chłopcem, który wierzył, że dzięki takiemu przesiadywaniu przy sztucznym drzewku uda mu się ujrzeć świętego Mikołaja z workiem nowiutkich zabawek dla niego.
Teraz gdy był nieco starszy i wiedział, że święty Mikołaj był swoistym kłamstewkiem wszystkich rodziców, szukał tam jedynie odrobiny spokoju. Tego czego w trakcie sezonu miał najmniej. Kiedy wyjeżdżał na zawody, nieustannie towarzyszyli mu koledzy i sztab szkoleniowy, natomiast gdy w końcu wracał na kilka dni do domu, każdy chciał spędzić z nim odrobinę czasu, katując go idiotycznymi pytaniami dotyczącymi pobytu w miejscu, z którego akurat wracał. Cieszył się ze wsparcia jakie miał w swojej rodzinie i bliskich, ale czasami taka chwila spokoju była mu potrzebna jak tlen do oddychania.
Wyluzować nie było jednak tak łatwo. Nie chodziło o sam fakt, że w domu nie panowała idealna cisza przez przedświąteczną krzątaninę, która i tak już powoli dobiegała końca, bo i godzina robiła się coraz późniejsza. Po prostu ciężko było mu z siebie wyrzucić to dziwne napięcie i nawet teraz miał okropne wrażenie, że zza choinki za chwilę wyłoni się głowa Geigera, połączona zgodnie z prawem natury wraz z jego ciałem, a później zmaterializuje się obok niego Wank i cała reszta drużyny. Uwielbiał ich wszystkich, nie mógł temu zaprzeczyć, jednak spędzał z nimi tak dużo czasu, iż wolałby nieco od nich odpocząć, zwłaszcza, że kalendarz na przełomie roku był niezwykle napięty. Do niedawna wydawało mu się, że aklimatyzacja w drużynie już dawno za nim, ale w ostatnim czasie wiele się zmieniło. On się zmienił. Wszystko ułożyło się tak jakby wrócił do punktu wyjścia. Tak jakby znów trafił do krajowej reprezentacji pierwszy raz i musiał zaczynać wszystko od nowa.
Dźwięk dzwonka, który rozległ się w całym domu, brutalnie wyrwał go z przemyśleń i oznajmił mu, że wyczerpał swoją dawkę świętego spokoju na ten dzień. Głosy, które również wcześniej docierały do jego uszu jakby zagłuszone przez jego własne myśli, nagle podniosły się. Andreas w dalszym ciągu siedział na podłodze, przy choince, chcąc jak najmocniej przeciągnąć tą chwilę spokoju, którą dostał od losu. W międzyczasie ktoś przeszedł przez salon by dostać się do drzwi wejściowych. Wyrzut jaki usłyszał pod swoim adresem, dał mu do zrozumienia, iż była to Tanja.
-A podnieść tyłek i otworzyć te cholerne drzwi to łaska by nie była?
Wellinger zignorował uwagę siostry, przyglądając się jak żaróweczki na choince migoczą nieregularnie. Do jego uszu doszło wylewne przywitanie Tanji z babcią, która przyjechała do nich na święta. Zajęło im to dobrą chwilę, a potem drzwi do salonu otworzyły się ponownie.
-Och, jest i mój ukochany wnusio - usłyszał nagle, a chwilę później blask choinki zgubił się gdzieś w świetle lampy sufitowej, która rozbłysnęła momentalnie na życzenie starszej kobiety. - Dlaczego siedzisz w takich ciemnościach? - spytała, rzucając na sofę swoją ogromną torebkę i nie czekając na żadną odpowiedź ze strony wnuka rozpostarła ramiona, mówiąc: - No chodź do babci, kochanie!
Andreas mimowolnie podniósł się z podłogi, na której siedział. Jego nogi zaprotestowały przez chwilę przeciwko tak szybkiej zmianie pozycji, jednak nie przeszkodziło mu to w posłaniu babci szerokiego uśmiechu. Podszedłszy do niej pozwolił jej się objąć. Uwielbiał ten krótki moment, gdy był przytulany przez babcię. Czuł się wtedy tak, jakby ponownie stał się małym, beztroskim chłopcem, mimo że przerósł ją już o dwie głowy.
Niestety obecność babci miała również swoje złe strony, o czym przekonał się niecałą godzinę później, gdy świąteczna kolacja została zjedzona, a rodzina pogrążyła się w rozmowie.
-Powiedz mi proszę, Andreasku – babcia zwróciła się do niego aż nad wyraz uprzejmym tonem - jak tam twoje życie uczuciowe?
Wellinger odstawił na stół szklankę, którą ledwo co chwycił w swoje palce, ciesząc się w duchu, że nie zdążył jej nawet przyłożyć do ust, bo z całą pewnością jej zawartość wylądowałaby na jego białej koszuli lub starannie wyprasowanym przez Tanję obrusie.
-Ja... - zająknął się, jednak nikt tego nie zauważył, gdyż jego mama wzięła na siebie ciężar odpowiedzi na to idiotyczne pytanie. Szkoda, że owa odpowiedź była równie idiotyczna.
-Andreas jest bardzo zapracowany, a do tego nieśmiały, ale jeszcze przyjdzie na niego czas i znajdzie sobie jakąś ładną dziewczynę – uszczypnęła go lekko w policzek, tak jakby był pięcioletnim chłopczykiem. W miejscu, gdzie spoczywały przed chwilą palce jego rodzicielki pojawił się czerwony ślad, który Andreas szybko rozmasował.
-Myślę, że to nie jest ani zapracowanie, ani nieśmiałość – zachichotała Tanja spoglądając na niego znacząco. - Spędza tyle czasu w męskim gronie, kto wie... - stopa Andreasa, uderzająca w nogę siostry pod stołem, przerwała tą wypowiedź, jednak nie była w stanie zahamować jej śmiechu, który udzielił się także pozostałym zebranym przy stole osobom.
-A jak ci idzie z tą dziewczyną ze szpitala? - dorzuciła Julia, sprawiając, że twarz Andreasa przybrała kolor grzanego wina, które akurat z lubością popijała druga z jego sióstr.
Wtedy Wellinger poczuł się jakby znalazł się na wojnie. Cała rodzina przeciwko niemu. Stanął pod ostrzałem pytań i idiotycznego gdybania. Nie miał żadnych szans na obronę, bo gdy dotarł do niego sens jednego pytania, za chwilę pojawiało się następne lub ktoś z zebranych przy stole odpowiadał w jego imieniu.
-No dobrze, dość tego wszystkiego! - oznajmiła nagle babcia, szukając czegoś w torebce. Andreas był jej wdzięczny, a jednocześnie zaskoczony faktem, iż to właśnie ona przerwała tą farsę. Gdyby jednak wiedział, że w swojej torbie wcale nie szukała swojego nałogu, jakim były papierosy, a starego, analogowego aparatu, poważniej zastanowiłby się nad tym co bardziej go przeraża. Odpowiadanie na niewygodne pytania, czy pozowanie przed aparatem? Z jednym i drugim żył niemalże na co dzień, ale kiedy miał wolne od świata mediów, wolałby uniknąć obu tych czynności.
Niestety, nikt nawet nie spytał go o zdanie.
Został sfotografowany z każdej strony, niemalże w każdym metrze kwadratowym salonu. Miał dość.
-No to teraz jeszcze moje dziewczynki. - zawołała w stronę mających wielki ubaw ze swojego brata blondynek, a Andreas odetchnął z ulgą sądząc, że z nim już skończyła.
Pomylił się.
-A ty gdzie się wybierasz, chłopcze? - zwróciła mu uwagę gdy próbował niepostrzeżenie opuścić salon. Andreas automatycznie zawrócił i kątem oka dostrzegł, iż lampki na choince zaczęły nagle migotać nieco szybciej, tak jakby zgrały się z jego krwią, która ze złości przyspieszyła swój przepływ przez żyły.
Całe szczęście babcia zażyczyła sobie tylko dwóch zdjęć, na którym znajdują się wszystkie jej wnuki. Później poświęciła całą swoją uwagę Julii i Tanji, które czuły się przed obiektywem jak profesjonalne modelki, a on wykorzystał ten moment by przemknąć się do swojego pokoju. Bez problemu odnalazł w szufladzie niewielki pakunek, gdzie schowany był drobny prezent, który udało mu się kupić w ostatniej chwili przed zamknięciem wszystkich sklepów, a który musiał jeszcze komuś dostarczyć. Wyciągnął z szafy zimową kurtkę, którą pospiesznie na siebie nałożył, a spod łóżka wyciągnął karton z nowiutkimi butami, które niedawno kupili mu rodzice, a których on nie miał jeszcze okazji nawet przymierzyć.
Zwarty i gotowy zszedł cichutko ze schodów, a wtedy uświadomił sobie, że nie uda mu się wymknąć z domu, pozostając niezauważonym. Przeklął w duchu architekta, który projektując ich dom, zrobił z salonu pokój, przez który obowiązkowo trzeba przejść, gdy ma się ochotę wyjść lub wejść do domu.
Miał narazić się na wzrok babci? Wiedział, że kobieta potraktuje jego ubiór jako propozycję sesji w plenerze, toteż nie mógł sobie na to pozwolić. Nie miał na to czasu.
Zrezygnowany usiadł na schodach, gorączkowo myśląc nad tym w jaki sposób wydostać się z domu, aż nagle poczuł na twarzy lekki powiew chłodu, który przybył z kuchni. Szybko podniósł się na nogi i zajrzał do wspomnianego pomieszczenia z radością zauważając, iż okno stało przed nim otworem. Mama musiała otworzyć je, aby przewietrzyć trochę po babcinym, papierosowym posiedzeniu. Choć raz ten okropny nałóg na coś się przydał, bo Wellinger z całą pewnością nie wpadłby na ten pomysł, chociaż wydawał się najprostszym obok zwyczajnego opuszczenia budynku drzwiami.
Wspiął się delikatnie na kuchenny blat, tak żeby nie narobić hałasu i nie zostawić na nim żadnych śladów. Mama z pewnością zatłukłaby go za to kolorową trzepaczką do ciasta, którą sam jej podarował jako część prezentu świątecznego. Gdy już udało mu się dostać na zewnętrzną część parapetu, odruchowo zerknął w dół, aby sprawdzić z jakiej wysokości przyjdzie mu tym razem skoczyć. Na oko było to troszeczkę więcej niż metr, dlatego odetchnął z ulgą i nie zastanawiając się dłużej, zrobił krok w przód i skoczył. Nie był to skok, którym wygrałby Puchar Świata, gdyż wylądował twarzą w zaspie, którą usypał jego tata, odśnieżając podjazd. Najważniejsze było jednak to, że udało mu się przeżyć ten upadek. Ostatnim krokiem, który musiał wykonać, było odpalenie stojącego przed domem samochodu.



*


Łucja siedziała samotnie z nosem w książce, którą dostała od rodziców. Chłonęła kolejne słowa z zawrotną prędkością, chcąc jak najszybciej poznać kolejne wydarzenia, jednak cisza i spokój nie były jej dane. Ktoś rzucił śnieżką w jej okno, a kiedy to zignorowała, osoba ta rzuciła ponownie tym razem nieco większą kulką, która zostawiła znaczny ślad na jej oknie. Dziewczyna mocno się zezłościła. Podeszła do okna i kiedy je otworzyła chciała od razu wyrzucić swoją wściekłość wprost na osobę, której tak okropnie się nudziło. W świetle latarni udało jej się jednak dostrzec, iż ową osobą był Andreas. Andreas, z którym pożegnała się poprzedniego dnia z przekonaniem, że zobaczą się dopiero po zawodach w Polsce, czyli niemalże za miesiąc.
-Co ty tu robisz? - spytała, nie potrafiąc ukryć swojej radości.
-Mam coś dla ciebie – oznajmił. - Zejdziesz?
Łucja westchnęła ciężko i uśmiechając się szeroko, pokręciła głową z niedowierzaniem.
-Nie mogłeś zadzwonić do drzwi? - spytała opierając łokcie o parapet.
-Chciałem być romantyczny – powiedział z udawanym oburzeniem. - A poza tym nie wiem jak zareagowaliby twoi rodzice, wolałem nie ryzykować – uśmiechnął się.
-Masz świętą rację – przyznała. - Słusznie postąpiłeś. Już do ciebie schodzę.
Dziewczyna czuła się jakby unosiła się leciutko nad podłogą, a ze schodów niosły ją jakieś nadprzyrodzone siły. Szkoda, że te siły nie mogły dać jej niewidzialności na ten jeden moment, gdy musiała przemknąć obok siedzących w salonie rodziców.
-Gdzie idziesz? - spytała pani Renata zatroskanym głosem, dostrzegając iż córka zmierza w stronę drzwi.
-Za chwilę wrócę – odparła wymijająco, nakładając na siebie ciepły płaszcz.
-Pewnie do jakiegoś szaca – dorzucił ojciec, na co Łucja posłała mu jedynie przelotne spojrzenie, którym próbowała go zwieść. Miała nadzieję, że był to tylko głupi domysł, a nie wynik obserwacji przez okno. Krzysztof Migoń był zupełnym przeciwieństwem swojej nadopiekuńczej żony, więc na pewno podszedłby do tego tematu z luzem, jednak Łucja nie chciała go poruszać dopóki nie było to konieczne.
Wypadła na zewnątrz, a w jej twarz uderzyła fala chłodu, który ustąpił gdy tylko zobaczyła przed sobą Andreasa.
Nie mogąc się powstrzymać rzuciła się w jego objęcia, tak jakby nie widziała go dłużej aniżeli ten jeden dzień. Gdy w końcu wypuścili się nawzajem ze swoich ramion, Andreas wsunął jej w ręce malutkie pudełeczko, które Łucja natychmiast otworzyła, a jej oczom ukazała się niewielka przywieszka w kształcie literki A.
-Do twojej bransoletki – oznajmił. - Szczerze mówiąc to nie wiem kiedy masz urodziny, ale wolałem dać ci to wcześniej, na wypadek, gdyby ktoś wpadł na ten sam pomysł! - dodał podnosząc dumnie głowę.
-Twoja przezorność mnie zaskakuje – zaśmiała się, oglądając prezent z każdej strony. - Jest śliczna, naprawdę. Dziękuję – powiedziała, po czym dodała jeszcze: - A urodziny mam piętnastego lutego, tak na przyszłość.
-W takim razie z tej okazji przywiozę ci złoty medal z Soczi – uśmiechnął się na ten swój czarujący sposób, przymykając lekko powieki.
Łucja spojrzała jeszcze raz na prezent, który od niego dostała i westchnęła ciężko, mówiąc:
-Nie spodziewałam się, że zobaczymy się tak prędko.
-A co? - założył ręce na piersi i uniósł brwi w górę, jednak uśmiech wciąż pozostawał na jego twarzy, zupełnie jakby ktoś go do niej przykleił. - Czekałaś na kogoś innego?
-Nie – odparła szybko, wywracając oczami. Jak mógł tak pomyśleć? - Po prostu nie mam nic dla ciebie. - spuściła głowę, a jej ciemne włosy zasłoniły jej twarz, tak jak zwykle gdy czuła się głupio.
-To pozwól, że sam skradnę sobie prezent od ciebie – odgarnął jej kosmyki za ucho i uśmiechnął się cwaniacko wpatrując się w jej oczy.
Łucja posłała mu zaciekawione spojrzenie jednak w ramach odpowiedzi, Andreas pozbył się jedynie tego czaru ze swojego uśmiechu, a zamiast tego pojawiło się w nim coś czego znaczenie znał chyba tylko sam Bóg.
-No dalej – zachęciła go. - Co chcesz mi ukraść?
Andreas zbliżył się do niej znacznie, a ona cofnęła się instynktownie, napotykając na swojej drodze drzwi. Chłopak położył na nich swoje dłonie, zamykając ją między swoimi ramionami.
-To! - oznajmił składając na jej ustach lekki pocałunek, którym sprawił, iż zmiękły jej kolana. - I jeszcze jeden... - dodał, oddalając na chwilę swoją twarz na nieznaczną odległość.
W tym momencie ktoś z dość dużą siłą otworzył drzwi od środka, a para padła na grunt wprost pod malutkie stópki Łukasza, który odziany w kurtkę i grubą wełnianą czapkę, przyglądał się zaistniałej sytuacji z zaciekawieniem.
Andreas i Łucja spojrzeli na niego zaskoczeni, nie wiedząc jak się zachować.
-Mamo! - krzyknął po chwili, nie odrywając od nich zaintrygowanego spojrzenia. - Znalazłem ją! Przytula się na podłodze z jakimś chłopakiem!
Po tych słowach oboje podskoczyli w górę z taką szybkością, jakby to podłoga sama ich od siebie odbiła. Łukasz wciąż mierzył ich badawczym wzrokiem, a zwłaszcza Andreasa, w którym nie udało mu się dostrzec skoczka, którego podziwiał w telewizorze, a obcą osobę.
-Co takiego? - rozległ się głos zaskoczonej rodzicielki gdzieś z głębi domu i Łucja wiedziała, że wystarczy jedno mrugnięcie okiem, a Renata Migoń zjawi się obok Łukasza by upewnić się, iż ów chłopak nie jest pedofilem lub seryjnym mordercą.
Tak jak pomyślała, jej rodzicielka już po chwili stała u boku syna z zakłopotaniem wymalowanym na twarzy. Andreas skinął lekko głową, wymawiając niemal bezgłośne Dobry wieczór, mama Łucji odpowiedziała mu w ten sam sposób, wciąż zaskoczona faktem, iż jej córka mogła sobie znaleźć jakiegoś chłopaka.
Zawstydzona lekko Łucja spuściła głowę, modląc się aby do tego zebrania nie dołączył jeszcze jej tata.
-Mamo, to ten wędrowiec, dla którego zostawiliśmy dodatkowe nakrycie przy stole? - spytał Łukasz nieświadomie rozładowując napięcie, które wytworzyło się między nimi.
Pani Migoń pozostawiła pytanie syna bez odpowiedzi, skupiając się jedynie na chłopaku stojącym obok Łucji.
-Nie przedstawisz mi swojego kolegi? - spytała ostrożnie, uśmiechając się delikatnie.
Dziewczyna aż się wzdrygnęła na samą myśl, że ma przedstawić Andreasa swojej matce. Miała nadzieję, że taka chwila nigdy nie nastąpi, jednak ze względu na niefortunny splot zdarzeń musiała się z nią zmierzyć.
-To... to jest Andreas – oznajmiła cicho, a na jej twarz wkradł się nikły uśmiech. - A to moja mama.
-Może zaprosisz Andreasa do środka? - zaproponowała, od razu spotykając się z dezaprobatą Łukaszka, który wciąż był przekonany, iż Andreas był niezapowiedzianym gościem, dla którego zostawiono przy stole wolne nakrycie.
-Ale przecież my zjedliśmy już kolację!
Także tym razem uwaga najmłodszego z zebranych przy drzwiach, została pominięta. Jedynie Andreas uśmiechnął się lekko do małego chłopca, który nieśmiało odwzajemnił ten gest.
-Andreas wpadł tylko na chwilę – odparła Łucja. Jeszcze tego by brakowało, żeby biedny Andreas został skazany na pytania ze strony jej rodziców.
-A tutaj co za zebranie? - rozległ się głos pana Migonia, który w końcu postanowił sprawdzić co też wydarzyło się przy wejściu. Łucja przyłożyła swoją dłoń do czoła i czekała na rozwój zdarzeń, wiedząc, że nic więcej nie jest w stanie zrobić. - O! A jednak miałem rację! - powiedział tryumfalnie, gdy dostrzegł Łucję w towarzystwie przystojnego chłopaka. - Słuchaj, młody – powiedział, dusząc w sobie śmiech. - Złam jej serce, a wtedy poznasz ojcowski gniew.
-Tato! - upomniała go Łucja.
-Idziemy już? - marudził Łukasz i według Łucji było to najmądrzejsze zdanie, które padło w ciągu ostatnich kilku minut. - Zimno mi!
Całe szczęście tym razem jej młodszy brat został wysłuchany i cała rodzina Łucji zniknęła im z pola widzenia.
-O matko! - wyrwało jej się, gdy drzwi się zatrzasnęły. - Co za wstyd!
-Daj spokój – Andreas zaśmiał się cicho. - Masz bardzo fajną rodzinkę, a twój brat to uroczy młody mężczyzna.
-Szkoda, że jeszcze nie nauczył się trzymać języka za zębami.
-Ja mam dwie siostry, które są ode mnie starsze, a do tej pory nie udało im się opanować tej sztuki.
-Jestem skończona – wybuchnęła Łucja. - Przecież teraz nie będę miała w tym domu ani chwili spokoju! Ja tego nie przeżyję... - dodała, po czym ugryzła się w język. Plotła głupoty, nie zdając sobie sprawy z tego jak prawdopodobne było ostatnie stwierdzenie i jak bardzo mogła nim zranić ukochanego. - Przepraszam – mruknęła po chwili, dostrzegając mocną zmianę w wyrazie jego twarzy. - Nie myślę co mówię.
-Zapomnij o tym – zmusił się do uśmiechu, a następnie wziął ją w swoje objęcia i pogładził lekko po głowie. - Muszę się zbierać, póki moja rodzinka nie zgłosiła nigdzie mojego zaginięcia – dorzucił żartem by rozluźnić odrobinę zagęszczoną atmosferę.
-Dostaniesz coś ode mnie jak tylko wrócisz – oznajmiła, oddalając się na nieznaczną odległość. Andreas oparł swoje czoło o jej i szepnął:
-Wystarczy, że będziesz trzymać za mnie kciuki.
Złożył ostatni pocałunek na jej chłodnych wargach i machając jej na pożegnanie skierował się do swojego samochodu. Zanim odjechał posłał jej zza samochodowej szyby swój charakterystyczny uśmiech, który za każdym razem działał na nią tak samo. Kolana odmówiły jej posłuszeństwa, dlatego odruchowo chwyciła się filaru stojącego przy schodach, a przez jej głowę mimowolnie przebiegła okropna myśl, której za nic nie potrafiła się pozbyć. Wbiła się w jej mózg, niszcząc chwilowo wszystko inne co się w nim znajdowało. Nie chciała tego do siebie dopuścić, jednak ona uparcie dudniła jej w głowie, sprawiając, iż cała radość, którą w sobie miała jeszcze przed chwilą, po prostu wyparowała.
Przecież to mogło być ich ostatnie spotkanie!

__________________

Matko, to miał być krotki rozdzialik, wprowadzający troszeczkę optymizmu, a tymczasem jest to najdłuższy rozdział jaki udało mi się napisać w całej mojej pseudopisarskiej karierze o.O Myślałam, że uda mi się to dodać wczoraj, ale miałam swój meczowy maraton. Sercem byłam najpierw w Madrycie, później w Londynie, a na koniec z monachijczykami w Berlinie. Tyle emocji, że nie miałam warunków do pisania :p Następny chciałabym dodać jeszcze w maju, ale po drodze mamy jeszcze ostatni mecz Ligi Mistrzów, który może doprowadzić mnie do zawału :) No ale miejmy nadzieję, że jeszcze do Was wrócę i dokończę tą historię.

6 komentarzy:

  1. Romantyczny tyle powiem ach fantastyczny :-)
    Kocham Cię za Twój talent :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Kochana moja <3 Jak już ci pisałam na gadu, to powtórzę jeszcze raz tutaj, że pięknie dziękuję za dedykację do tak genialnego rozdziału. Poza tym wiedz, że na mnie możesz liczyć zawsze i wszędzie ;)
    Co do rozdziału to muszę przyznać, że cię wielbię! Szukałam, czegoś co mnie odstresuje troszeczkę i odnalazłam to w twoim opowiadaniu. Nie po raz pierwszy zresztą!
    Andi przycupnięty przy choince i pogrążony w swoich rozmyślaniach to musiał być genialny widok! Szkoda, że nie dano mu zbyt długo nacieszyć się spokojem. Biedny chłopak, widocznie jest już tak znerwicowany, że widzi wyskakujących ze świątecznego drzewka swoich kolegów z drużyny, a tu jeszcze na głowę zwala mu się babcia Wellinger <3 Oj, pokochałam kobiecinę, jak tylko mi o niej wspomniałaś, ale nie sądziłam, że okaże się aż taką... hmm... charakterną postacią ^^ Te zdrobnienia i obawy o życie uczuciowe wnuka - no jak on może tego nie lubić? Przecież to takie urocze, hah :D Nie no, chyba nie powinnam się nabijać z biednego Andiego, ale nic nie poradzę, że jego babcia skradła cały rozdział! A i mama chłopaka nie dała się przyćmić i też musiała dodać swoje trzy słowa. Wiadomo po kim to odziedziczyła ^^ Zresztą cała rodzina była genialna w tym swoim ataku na chłopaka. Dobrze, że i tu inicjatywę przejęła babcia, bo chyba ciężko byłoby mu wyjaśnić swoją relację z Łucją. Chociaż można powiedzieć, że Andi wpadł z deszczu pod rynnę, gdy kobiecina wyskoczyła z tymi zdjęciami! Oj, jakbym widziała swoją babcię! Ona też co roku przy wigilijnym stole wyskakuje z tymi zdjęciami, a ja do fotogenicznych osób z całą pewnością nie należę. Wolę stać po drugiej stronie obiektywu. No, ale tu nie o mnie chodzi! Za bardzo się rozpędziłam.
    Próba samobójcza Andiego! Ja wiedziałam, że najczęściej doprowadza do nich rodzina! I w tym przypadku też tak było :D Zdesperowany chłopak musiał wyskakiwać przez okno, aby dostać się do ukochanej dziewczyny. Czyż to nie romantyczne? ^^ Chociaż zwykle to oni wspinają się po balkonach, aby dostać się do owego okna, ale to przecież nie ta bajka! Chociaż romantyzm już zgodny z jej ideą, prawda? :D
    Chłopak ładnie się zachował wręczając jej ten prezent. To było miłe z jego strony i pewnie wiele znaczyło dla dziewczyny. Ale on też był pewnie zadowolony z prezentu, który ona podarowała mu. I mogłoby być tak pięknie, gdyby nie Łukasz. Oj, uwielbiam tego malucha. Po tym incydencie po prostu nie mogłam przestać chichotać, aż mój pies zaczął się dziwnie mi przyglądać, a to już chyba źle, prawda? W każdym razie to było mega zabawne :) Cóż, kiedyś musiało nastąpić to pierwsze spotkanie spotkanie z rodzicami. I na miejscu Andiego chyba bym się cieszyła, że wypadło właśnie na rodziców Łucji, a nie jego. Chociaż ta uwaga pana Migonia zabrzmiała dość groźnie :D No, ale wyszło na to, że to Łucja wpadła w większą panikę. Zresztą całkiem słuszną, bo przecież spokoju bo takim incydencie to ona mieć nie będzie.
    Ale wiesz co mi się nie podoba? To ostatnie, przerażające zdanie. Cały czas nas straszysz i straszysz, a groźby te są tym bardziej przerażające, bo prawdziwe. W końcu przecież przyjdzie im się pożegnać, choć wciąż mam nadzieję, że do tego nie dopuścisz!
    Pozdrawiam cię serdecznie, życzę weny i niecierpliwie czekam na kolejny rozdział!

    OdpowiedzUsuń
  3. We wszystkich opowiadaniach, które czytam jest tak miło i wszyscy są uśmiechnięci, jest cudownie.
    Ale broń Boże, wcale mi to nie przeszkadza - wręcz przeciwnie, jest cudownie.

    OdpowiedzUsuń
  4. znalazłam się tuaj dzięki blogowi Moni. Na początku nie wiedziałam, czy się za to zabierać, gdyż aż tak nie jestem zapoznana ze skoczkami; tzn. ogarniam dobrze tylko polskich. Z młodszymi niemieckimi zawodnikami raczej nie jestem zapoznana, ale właśnie sie to zmieniło, gdyż gdy tylko przeczytałam prolog, postanowiłam zostać na tym blogu (i cały czas, mając go w głowie, boję się jak cholera, jak zamierzasz to skończyć). Przeczytałam wsyztsko jednym tchem. Historia wciąga bardzo, bardzo mocno. Relacja między dwójką głównych bohaterów rozwinęła się bardoz szybko, lecz w takiej sytuacji trudno mieć do Ciebie o to pretensje. ponadto charakter Andreasa chyba nie pozwoliłby temu zwolnić, musi mieć tę pewność siebie, pewną... słodką arogancję, skoro jest tym,kim jest. Podoba mi się sposób, w jaki budujesz tę relację;to, że gdyby byli kimkolwiek innym (tzn.gdyby nie czyuli międyz sobą chemii), pewnie nie dogadaliby się chociażby ze względu na te komentarze dotyczące Polaków i Niemców. Choć szczerze mówiąć, skoro Łucja tam mieszka, trochę może przystopować xD Andreas na pewno nie jest winny temu, co zdarzyło się siedemdziesiąt lat temu (z kolei Andereas mógłby się jednak zapoznać z realiami II wojny światowej... mówięo numerach). W każdym razie uczucie między nimi było już widoczne od samego pocżatku, kiedy chlopak poszedł za nia, myśląc, że to kolejna dziewczyna na chwilę... byłoby pewnie łatwiej dla nich, gdyby się nie spotkali, ale wątpię, by pełniej. Dzięki tej znajomości życie będzie dla nich głębsze.Jest dla mnie głłęboką niesprawiedliwością choroba dziewczyny, lecz właściwie byłaby ona niesprawiedliwością dla każdego. Jej przeświadczenie o rpzeszczepie mogę zrozumieć jednak mimo wszystko nie można by się winić za śmierć osoby, która dałaby ci organ - wkońcu nastąpiło to po jej śmierci... Nie winięŁucji za kłamstwa, nie winię też Anderasa za to, żesię zdenerwował, za to zachował się bardzo dorjzale, przychodząc do szkoły dziewczyny, by się z nią pogodzić. Podoba mi się w nim ta niejednoznaczność, to, jak balansuje między dorosłością a dzieciństwem i faktycznie jest to słodkie - a jednocześnie musi sobie radzić ze sławą, pilnbować, by woda sodowa nie uderzyła mu do głowy. jest pełen sprzeczności, ale to sprawia, że jest ludzki i ciekawy. Zaimponował mi kilka razy, nawet jeśli za często powatrza - bo chcę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. troche zbyt bezpośrednio zadał to pytanie o szanse Lucji - czy jest jakaś nadzieja; uważam, ze było to niedelikatne, ale ponadto - naprawdę zachowuje się w porządku. Łucja zaś jest wspaniała dziewczyną i trochę dziwi mnie, że nie ma żadnych rpozyjaciół najwyraźniej... JEst to też dość smutne - przecież potrzebuje ich jak cholera... Ciekawe, co z tą dziewczynką z I rozdziału (ja wiem, że było to sześć lat temu). ponadto itneresuje mnie kilka szczegółów, które powinniśmy chyba już poznać- np.dlaczego rodzice Lucji przeprowadzili się z Polski albo jaki jest stosunek Andreasa do włąsnej sławy. Brakuje mi Twojej interpretacji tego, jak traktuje skoki; co czuje podczas nich, czy są dla niego pasją, czy może stają się też czymś ciężkim, obowiązkiem - uważam, że jest to ważne dla tego opowiadania. Podobnie jak rpzedfstaswienie rodziny, co wyszło Ci w ciekawy sposób. Podobało mi się, jak w tym rozdziale zrobił niespodziankę Łucji, choć nie rozumiem, czemu w końcu nie wszedł do domu dziewczyny, skoro został zaproszony... Nawet nie odmówił; zabrakło tutaj tego, szczerze mówiąc. Mam ogromną nadzieję, zmimo wszystko nie będzie tp ostatnie spotklanie naszej pary...może teraz Łucji łatwiej bedzie przetrwać rozłokę gdy jej rodzicesię dowiedzieli (swoją drogą, to zabawne, że ojciec mniej się zdenerwował, niż matka...xD). Stylistycznie jest w miarę ok, na pocżatkju cały czas powtarzałaś słowo Łucja, jak np.opisywałaś dziewczynę jako dziesięciolatkę poznająca wyrol (ta,m w ogóle się pogubiłam w chronologii, mogłabyś jakoś bardziej rozdzielić kiedyś od teraz). Czasem są problemy z przecinkami. Ogólnie jednak opisujesz bardzo dużó emocji w sposób magioczny i choć brakuje mi czasem wątków pobocznych, to uwielbiam uczucie między nimi. Uwielbiam też Karla i jego miłość do Pou, która bardzo sprawnie zmniejsza napięcie - genialny jest xD chętniej poczytałabym więcej o stosunkach w drużynie, bo nadal nie są dla mnie do końca jasne;np dlaczego nie lubią tego na S. Czekam z niecierpliwością na ciąg dalszy i zapraszam na moje blogi z opowiadaniami- zapiski-condawiramurs.blogspot.com oraz odnalezcprzeznaczenie.blogspot.com

      Usuń
    2. Czekałam na taki komentarz, wiesz? :) Chciałam, żeby ktoś mi w końcu powiedział co robię źle, bo mimo że sama zdawałam sobie sprawę, iż to wcale nie jest tak idealne jak zapewniają mnie moje czytelniczki, to jakoś ciężko było mi tu cokolwiek poprawić, bo nie znałam ich wymagań :) Postaram się poprawić to co nie do końca mi wychodzi, natomiast z niektórych niedociągnięć jestem w stanie się wytłumaczyć.
      Dlaczego rodzice Łucji wyjechali z Polski? Miałam o tym napisać na samym początku, ale jestem z tych, którzy nie lubią pisać rozdziałów przeładowanych informacjami, a potem wyszło tak, że w ogóle tego nie umieściłam. Wynika to z błędu, który popełniam dość często, a mianowicie z tego, że dla mnie jako autorki niektóre rzeczy są oczywiste i nie zawsze myślę o tym, że czytelnik może mieć inny punkt widzenia. Założyłam sobie, że rodzina głównej bohaterki wyjechała z Polski z tego samego powodu co 3/4 emigrantów - po pracę i lepsze życie :) Postaram się gdzieś jeszcze wtrącić tą informację.
      Dlaczego Andreas nie wszedł do domu Łucji? Tutaj to się przyznam, że zrobiłam to dla własnej wygody. Nienawidzę opisywać scenek rodzinnych, dlatego staram się ich unikać, chyba że jest to konieczne.
      Jeśli chodzi o stosunki w drużynie i podejście Andreasa do skoków to sama stwierdziłam, że tutaj tego brakuje, toteż zamierzam temu poświęcić cały rozdział jedenasty :) Domyślam się, że mówiąc o "tym na S" masz na myśli Severina. To nie jest tak, że oni go nie lubią, po prostu wybrali go sobie na kozła ofiarnego, z którego lubią się nabijać, ale więcej o tym napiszę w tym następnym rozdziale :)
      Wątki poboczne. Za każdym razem gdy zakładam nowego bloga to przyrzekam sobie, że takowe się znajdą, ale zawsze zamykam się tylko na to co najistotniejsze. To wszystko przez moją niecierpliwość, chciałabym wszystko napisać jak najszybciej, a przez to cierpi jakość rozdziału. Staram się z tym walczyć, ale ciężko mi to idzie :/
      Bardzo Ci dziękuję za komentarz i za wytknięcie mi tych niedociągnięć. Mam nadzieję, że w przyszłości znacznie zmniejszę ilość popełnianych błędów :)

      Usuń