wtorek, 8 kwietnia 2014

siódmy: może nie wszystko jeszcze stracone?


Zawsze wydawało mu się, że nie dotyczą go problemy, które na co dzień dręczyły innych ludzi. Myślał, że jest poza zasięgiem okrutnego losu, a jedyny psikus jakiego ten może mu spłatać to niesprzyjający wiatr, który podczas skoku wręcz wciska go w ziemię. Nigdy nawet nie przemknęło mu przez myśl, że w jego życiu może pojawić się inna troska, aniżeli kapryśna aura, psująca jego występy.
Długo myślał o Łucji. Jej obraz uparcie tkwił w jego umyśle, a on nie potrafił z tym walczyć. Ich wszystkie spotkania, każda wiadomość, którą do niej wysłał jak i ta, którą dostał od niej – to wszystko codziennie odtwarzało się w jego głowie jak jakiś uciążliwy film. Nie był w stanie z tym walczyć.
Wyrzuty sumienia dopadły go zaraz gdy opuścił ten nieszczęsny szpital.
Ta cholerna impulsywność. Nie powinien reagować tak gwałtownie. Miał prawo czuć się oszukany, ale ona tak samo miała prawo zachować swoją chorobę w sekrecie. W końcu nadal był dla niej obcym człowiekiem.
Wciąż miał przed oczami jej zagubioną postawę, widział jak drżała od powstrzymywania płaczu i unika jego wzroku przerażona jego nagłym pojawieniem się.
Czuł się przez to wszystko okropnie.
Do tej pory wydawało mu się, że Łucja była tylko chwilowym kaprysem wschodzącego gwiazdora. Myślał, że wychodząc ze szpitala, definitywnie zakończył to co zaczęło się rodzić między nim, a Łucją, coś co nieuchronnie zaczęło zmierzać w kierunku, który ludzie potocznie nazywają miłością.
Ale do jasnej cholery.
Byli parą nastolatków. Czy tu można mówić o miłości?
Nie można. Zakończył to i już nie musiał się o nic martwić. Nie padły żadne wyznania i obietnice, które miałyby go do czegoś zobowiązywać. Mógł czuć się wolny, tak jak w czasie długiego lotu. Jednak to co czuł w owej chwili z wolnością nie miało nic wspólnego. Całą swoją codzienność podporządkowywał bólowi po jej stracie. Bolesna była także świadomość, iż wcale nie musiał kończyć tego w ten sposób.
Najgorsze było poczucie, iż jego walący się świat, runął także na życie codzienne innych ludzi, że każdy czuł się tak samo jak on, a wszystko co istniało wcześniej nie miało już prawa bytu. Bardzo łatwo pogrążył się w takim przekonaniu, żył za kratami własnych myśli, analizując wszystko co zdarzyło się w ciągu ostatnich tygodni. Życie tymczasem toczyło się nadal. Niezmiennie. Wszystko było tak jak wcześniej.
Do pokoju, w którym tym razem przyszło mu mieszkać z Marinusem Krausem, przyszła niemiecka drużyna w całości i nikt z zebranych nie przejmował się tym czy Andreas ma ochotę na tak szerokie towarzystwo czy też nie.
Czyli wszystko było tak jak zawsze.
Severin wygłaszał swoje mądre rady dotyczące skakania, nie zauważając nawet, iż nikt go nie słucha. Wank z Marinusem siłowali się na ręce przy stoliku, który trzeszczał niemiłosiernie przy każdym ich ruchu, doprowadzając Andreasa do skrajnej rozpaczy. A kiedy myślał sobie, że warunki, w których przymusowo przebywał, już nie mogą się pogorszyć, głos postanowił zabrać Karl:
-Masz już ten nowy telefon? - spytał. - Odzyskałeś Pieszczocha?
Wellinger nie miał w tym momencie ochoty na nic innego jak tylko na to by zdzielić Geigera po mordzie. Zamiast tego ścisnął w rękach prześcieradło, na którym leżał, wstrzymał oddech i policzył do dziesięciu z nadzieją, że to w jakiś sposób mu pomoże.
Kiedy odkrył, iż jego stan nie poprawił się ani odrobinę, odwrócił się na drugi bok, pozostawiając pytania Karla bez odpowiedzi.
Wolał milczeć, aniżeli rzucić w afekcie o kilka słów za dużo. Przecież Karl zawsze taki był i nie wiedział o tym co działo się w andreasowej głowie od kilku dni, toteż nie miał obowiązku traktowania go w jakiś uprzywilejowany sposób.
W końcu przyszedł czas na oddanie skoków treningowych, a na samą myśl, Wellinger zaczynał drżeć na całym ciele. Nie potrafił się skoncentrować, nieważne jak bardzo starał się odrzucać od siebie niechciane myśli, one powracały jak bumerang.
O ile w treningach negatywne emocje nie wpłynęły na niego najgorzej, w jednym uzyskał nawet czwarty wynik, to w konkursie nic już nie poszło po jego myśli. Nie potrafił skupić się na przybraniu odpowiedniej pozycji, spóźnił wybicie, a do tego wiatr zawiał mu w plecy z takim impetem, iż nie miał już o co walczyć. Klapnął bezsilnie na dwie nogi, nie siląc się nawet na telemark, który przy lądowaniu jest najważniejszy. Co za różnica skoro odległość jaką uzyskał nie pozwalała mu nawet na marzenia o zdobyciu punktów?
Pierwszy konkurs w Titisee-Neustadt był jego osobistą porażką. Zawiódł tysiące swoich fanów podpisując listę wyników jak to zwykle ładnie ujmują komentatorzy, mówiąc o zawodniku, który zajął ostatnie miejsce. Wiedział, że przed następnym konkursem musi wziąć się w garść i choć na chwilę oddzielić wewnętrzne rozterki od tego co należało do jego obowiązków, ale ten kiepski wynik wcale go do tego nie motywował. Wręcz przeciwnie – ostatnie miejsce wbiło mu do głowy przekonanie, że jest beznadziejnym zawodnikiem, a Puchar Świata to nie miejsce dla niego. Nigdy nie będzie następcą Schmitta, którym media już go ochrzciły. Zawsze będzie tylko młodym chłopaczkiem, któremu kilka razy się poszczęściło i stanął sobie na podium w towarzystwie znacznie bardziej utytułowanych zawodników.
To tylko fart. Nic więcej.
A przecież już nie raz przekonał się o tym, że fartom nie wolno ufać.



*



Pech w ostatnim tygodniu nie miał zamiaru jej odpuścić.
Nadmierne emocje, które przeżywała zmusiły ją do pozostania w szpitalu dłużej, aniżeli było to zamierzone. Przestraszyła tym wszystkich, łącznie z doktorem Littmannem, który zawsze wydawał się być przyzwyczajony do gorszych wyników jej badań.
Łucja nie była w stanie zrozumieć dlaczego faszerują ją tymi wszystkimi diuretykami i innymi lekami skoro ratunek był tylko jeden. A może ktoś potrzebował tego bardziej niż ona? Może komuś to wszystko było w stanie uratować życie? Dla niej to było tylko odwlekanie nieuniknionego, ale że nie była jeszcze pełnoletnia, nie mogła samodzielnie o sobie decydować.
Kiedy doktor Littmann uznał, że Łucja jest na tyle silna by móc opuścić szpital, dopadło ją przeziębienie. Niby nic wielkiego, ale dla osoby z niewydolnością serca było to cięższe do zniesienia niż dla przeciętnego człowieka. Dlatego przez kilka dni leżała w swoim łóżku, a rodzice obsługiwali ją jak niepełnosprawną.
Miała mnóstwo czasu na przemyślenia, które raczej nie były dla niej wskazane.
Dlaczego mi nie powiedziałaś?
Wciąż słyszała to pytanie. Wypowiedziane ze złością i rozgoryczeniem. Widziała to rozczarowanie w jego oczach i nie potrafiła sobie wybaczyć własnej lekkomyślności.
W ogóle nie pomyślałaś o tym, że ja też mam uczucia?
Oczywiście, że pomyślała.
Tylko, że trudno było jej uwierzyć w to, że młody sportowiec, wschodzący gwiazdor skoków naprawdę jest do niej w jakiś sposób przywiązany. Nawet jeśli sam proponował spotkania i nazywał ją po swojemu, tak jak nikt inny do niej nie mówił.
Luzzie.
Wiedziała, że powinna wyrzucić to ze swojej głowy, ale mimo szczerych chęci – nie dało się. Chciała nawet przestać oglądać skoki w telewizji, co przecież w zimowym sezonie było cotygodniowym rytuałem, który odprawiała od dziecka. Udało jej się, ale tylko jednorazowo, bo wtedy do akcji wkroczył Łukasz. Jej młodszy brat bardzo upodobał sobie tą dyscyplinę sportu i od niedawna chłonął przed telewizorem każdą, najmniejszą wzmiankę o skokach, o głównych konkursach nawet nie wspominając. Łucja nie widziałaby w tym nic złego, gdyby Łukasz, widząc małą poprawę jej samopoczucia, nie obskakiwał jej łóżka z każdej strony, jak mantrę powtarzając prośbę Pooglądaj ze mną skoki. Był przy tym tak uroczy, iż Łucja nie była w stanie mu odmówić i w efekcie już chwilę później wygrzebywała się ze swojej pościeli by zasiąść z bratem przed telewizorem, w którym sześciolatek włączył już wcześniej odpowiedni program.
-Już lepiej się czujesz, Łuceńko? - spytała jej rodzicielka, gdy ujrzała ją schodzącą ze schodów.
-Tak, mamo – odparła. - To tylko przeziębienie.
Kobieta zlustrowała ją troskliwym spojrzeniem, jakby chcąc się upewnić, że z córką na pewno wszystko w porządku, po czym zniknęła w kuchni.
Renata Migoń należała do grona matek, które były aż nad wyraz opiekuńcze względem swoich dzieci, jednak miała ku temu ewidentne powody.
Łucja usiadła spokojnie na sofie, podczas gdy jej brat niespokojnie kiwał się na boki, oczekując chwili, w której pierwszy zawodnik zasiądzie na belce startowej. Kilkanaście początkowych skoków obejrzeli w względnym spokoju, ale gdy zaczęły pojawiać się twarze, które to Łukasz potrafił już rozpoznać, zaczął się swoisty armagedon.
Sześciolatek wskakiwał na sofę, przybierając coś na kształt pozycji najazdowej, bacznie obserwując moment, w którym zawodnik wybijał się z progu, po to by zrobić to razem z nim i wylądować odrobinę za szybko na podłodze, co spotykało się z jękami niezadowolenia i tupaniem nogami w podłogę.
-Spokojnie Łukaszku – zawołała pani Migoń, wychylając się na chwilę z kuchni. - Kiedyś będziesz tam skakał razem z nimi, a teraz usiądź spokojnie obok Łucji, bo zrobisz sobie krzywdę!
-Ale ja chcę teraz! - tupnął nogą jeszcze raz i obrażony, wedle rozkazu rodzicielki, usadowił się obok siostry.
Był taki rozbrajający, iż usta same składały się w uśmiech, gdy się na niego spojrzało.
Uśmiech zniknął jednak z twarzy Łucji, gdy na ekranie pojawił się Andreas. Andreas, który jednocześnie był dla niej kimś obcym i kimś do kogo czuła się przywiązana, mimo że on wyrzucił ją już ze swojego życia. Bacznie obserwowała jego sylwetkę w locie i ściskała za niego kciuki, a Łukasz, zapominając o zakazie mamy, po raz kolejny zaprezentował swoją imitację skoku, opowiadając siostrze jednocześnie o nieudanym występie młodego Niemca poprzedniego dnia, gdy ona odzyskiwała siły w swoim łóżku.
Słuchała go jednym uchem, gdyż większość jej uwagi pochłaniał właśnie Andreas, który tym razem spisał się całkiem nieźle. Przez jego twarz przemknął niewyraźny, aczkolwiek dostrzegalny dla niej uśmiech, który chwycił ją za serce.
Tak bardzo za nim tęskniła! Świadomość, że ten uśmiech już nigdy nie będzie skierowany bezpośrednio do niej sprawiała, że Łucja wręcz usychała z tęsknoty.
-Lusia? - spytał Łukasz, gdy Wellinger zniknął z ekranu, przywracając ją do rzeczywistości. - A kiedy ty będziesz zdrowa?
-Już czuję się lepiej – odparła bezmyślnie, sądząc, iż brat pyta o jej przeziębienie. Jednak pytanie, które zadał po chwili całkowicie pozbawiło ją tego przekonania, doprowadzając ją niemal do płaczu.
-I nie będziesz już jeździć do szpitala?
Dziewczyna chrząknęła cicho i spojrzała gdzieś w bok. W kuchni głośno zaskwierczał olej, przerywając ciszę, która zapanowała między rodzeństwem. Łucja miała nadzieję, że ich rodzicielka nie usłyszała tego pytania. Dla niej to również mogło być ciężkie do zniesienia, a przecież wystarczająco już się nacierpiała przez jej chorobę.
Łukasz wpatrywał się w nią bacznie, oczekując na odpowiedź z jej strony, ale ona nie była w stanie wykrztusić z siebie ani słowa. Całe szczęście jej brat odskoczył od niej nagle, słysząc przerażony głos niemieckich komentatorów. Podbiegł bliżej telewizora, który pokazywał powtórkę z czyjegoś upadku. Jej schorowane serce jakby na chwilę się zatrzymało, ale kiedy uświadomiła sobie, że przecież Andreas oddał swój skok nieco wcześniej, odetchnęła z ulgą, co było trochę nie na miejscu. Po pierwsze – fakt, że któryś z zawodników niebezpiecznie upadł, z całą pewnością nie był powodem do ulgi, a po drugie – Andreas już nie był częścią jej życia. Nie powinna aż tak się o niego martwić.
Cóż. Przynajmniej nie musiała odpowiadać na pytanie młodszego brata.



*



Pięćdziesiąte miejsce, które Wellinger wspaniałomyślnie sobie wywalczył w poprzednim konkursie było świetnym pretekstem do żartów. Będący w wyśmienitych humorach koledzy raczyli go głupimi rymowankami jak na przykład: Odwróć tabelę, Welli na czele, ale o dziwo nie doprowadzili go tym do furii. W jakiś sposób udało im się zrzucić z niego to napięcie, które nim zawładnęło. Na parę chwil odciął się od negatywnych emocji i przemyśleń, a to od razu przełożyło się na jego wynik następnego dnia.
Osiemnaste miesjce nie było może wyczynem na miarę Schmitta czy Hannawalda, niemniej w obliczu poprzedniej porażki – było całkiem nieźle.
Myślał, że w jego życiu zapanował spokój, że od tamtej pory będzie mógł powrócić do normalności i przestać rozpamiętywać chwile spędzone z Łucją, ponownie czerpiąc radość ze skoków. W końcu ile można myśleć o jednym i tym samym? Był przekonany, że tamta porażka była przysłowiowym kopem, który musiał dostać aby w końcu pozbierać swoje rozchwiane emocje.
Los miał jednak dla niego inny scenariusz.
Bo potem na terenie skoczni rozbrzmiał polski hymn dla Kamila Stocha, zwycięzcy konkursu.
Wtedy w jego głowie puściły wszelkie bariery blokujące uczucia schowane głęboko, gdzieś na samym dnie jego serca. Myślał, że już się tego pozbył, a to wszystko po prostu podstępnie się przed nim schowało, po to by wydostać się w najmniej oczekiwanym momencie. Wspomnienia, a szczególnie te z konkursu w Klingenthal zalały jego głowę jak nieposkromiona fala tsunami.
Ich pierwsze spotkanie, od którego wszystko się zaczęło. Drobne kłamstewko, które pociągnęło za sobą wielkie konsekwencje dla ich obojga. Czas, który spędzili ze sobą w Klingenthal i choć nie było go zbyt wiele to tamte wspomnienia bolały najbardziej. To wtedy na dobre ruszył zegar ich znajomości. Od tamtej pory zaczął traktować Luzzie jako kogoś bliższego aniżeli kolejną fankę. Wskazówki pędziły w zawrotnym tempie, którego nie były w stanie utrzymać na dłuższą metę. Zegar się zatrzymał.
A może jeszcze dało się go naprawić?


________
Miało być wieczorem, ale coś mi się tu niebezpiecznie zaciąga na burzę, a wtedy to bywają problemy z internetem, więc publikuję teraz :) Miałam ogromne problemy z tym rozdziałem, ale jak już zaczęłam pisać to nie umiałam przestać i jestem z niego nawet zadowolona.
Specjalnie nie napisałam kto upadł w Titisee. Chciałam to całkowicie pominąć, ale jakoś tak mi pasowało do sytuacji i jest.
Jestem bardzo zła, bo moja wyobraźnia sobie już kreuje jakieś następne opowiadania, kiedy ja naprawdę nie chcę zaczynać nic nowego, wrr! :/

No nic. Idę do mojego pięknego, czarno-białego podręcznika z historii. Im szybciej zacznę się uczyć tym lepiej, bo wieczór musi być już wolny ze względu na Ligę Mistrzów :) HALA MADRID! <3

8 komentarzy:

  1. Jesteś z niego NAWET zadowolona?
    NAWET?
    Serio?
    Ja tu ryczałam :C

    Świetnie opisywałaś ich uczucia. Tak, że (jak wyżej napisałam) poryczałam się ze wzruszenia, bo oczywiście to ja i płaczę na każdym fragmencie jakiegokolwiek ff, w którym jest Andreas i akurat jest smutny.
    A przez to, że nie napisałaś kto upadł dostałam zawału i od razu zaczęłam przeszukiwać internet w poszukiwaniu tego skoczka.

    A i jeszcze jedno
    Dobrze, że nie wstawiłaś wieczorkiem, chciałam sobie dziś popłakać ♥

    DUŻO WENY! ♥

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No taka już moja natura, że jak już jestem z czegoś zadowolona to tylko "nawet" :p
      W Titisee upadł mój ukochany Morgi, dlatego mi to tutaj nie przeszło przez palce :p No ale to tylko fikcja, równie dobrze możecie sobie tam wstawić jakieś nazwisko, według własnych fantazji. O ile ktoś fantazjuje o upadkach skoczków...
      Czasami zdarzają się takie dni, że trzeba sobie popłakać, znam to :) Trochę mi głupio, że swoją twórczością doprowadzam czytelniczki do łez, ale chyba nie mogę na to w żaden sposób wpłynąć, bo zmiana biegu wydarzeń nie wchodzi w grę ;)
      Dziękuję Ci bardzo za komentarz :*

      Usuń
  2. No i proszę. I obydwoje są nieszczęśliwi. Cieszy mnie fakt iż Andi wszystko sobie przemyślał i żałuje swojego wybuchu. Tak, tak, tak ... nie wszystko jest stracone, więc niech chłopak działa i przeprasza ją za swoje zachowanie! W końcu jak już sam hymn mu przypomina o Luzzie to to wcale nie jest jakieś tam zauroczenie, jak już wiem co mówię :)
    Strasznie mi przykro z powodu choroby Łucji. Zwykłe przeziębienie (które i mnie w tym momencie dopadło, a Real dobił swoim 'wspaniałym' dzisiejszym, a raczej już wczorajszym występem) a tyle zachodu. I do tego sytuacja z Andim. Ach niech oni sobie wszystko ładnie wyjaśnią, i się przeproszą wzajemnie!
    A Karl to mój idol ale to już zapewne wiesz :) Nic go nie obchodzi tylko ten cholerny Pieszczoszek! On kiedyś zginie za swoją wrodzoną głupotę xD

    OdpowiedzUsuń
  3. Andreas potrzebuje czasu, tak to jest pewne. Z każdym kolejnym dniem będzie się przekonywał kim tak naprawdę dla niego jest ta uracza Polka ! Mam nadzieję, że kimś ważnym. Współczuję Łucji. Niby to tylko zwykłe przeziębienie, choroba jak choraba, przypląta się i sobie pójdzie jednak w przypadku bohaterki tak łatwo nie jest. Trzymam za nią bardzo mocno kciuki. I ja w nich wierzę. W Luzzie. W Andreasa. I nawet w to, że Wank w końcy przestanie myśleć o Pieszczochach :D Nie ! Raczej nie przestanie ! :p Pozdrawiam :))

    OdpowiedzUsuń
  4. Hej :) Właśnie rozpoczynam swoją przygodę z blogspotem, dlatego postanowiłam porozglądać się co się na nim dzieje i trafiłam na Twoje opowiadanie. Muszę przyznać, że bardzo mnie zaciekawiłaś i chętnie przeczytam poprzednie rozdziały, aby dowiedzieć się dlaczego Łucja i Andreas zakończyli swoją znajomość. Wywnioskowałam, że miało to coś wspólnego z jej chorobą. Postaram się szybko nadrobić zaległości. Co do samego opowiadania - naprawdę widać w nim Twoją pasję :) Podobają mi się też Twoje opisy, które wydają się być przemyślane, ale jednocześnie pisane z łatwością. Bardzo lekko mi się czytało i na pewno tu wrócę. Może jak już sama coś dodam na swojego bloga :)

    Ps. Dostrzegłam literówkę - we fragmencie o Kamilu Stochu, jest że został zwycięScą. Pewnie Ci umknęło.

    Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo za komentarz :* i za dopatrzenie się tej karygodnej literówki, już ją poprawiam :p

      Usuń
  5. Cudowny rozdział! Wiem, piszę to chyba pod każdym, ale jestem po prostu zakochana w twojej twórczości i chłonę każdą, kolejną notkę z wielkim zainteresowaniem ;) Z tą nie było inaczej.
    Widać, że Andi jednak troszkę żałuje swojej impulsywności i jest mu zwyczajnie źle ze świadomością tego, że sprawił przykrość ukochanej dziewczynie. Inaczej tak bardzo, by go to nie obeszło. Mam nadzieję, że wyciągnie z tego prawidłowe wnioski i jakoś postara się to naprawić. Bo samo rozpatrywanie wszelkich możliwości oraz przesiewanie wspomnień tutaj za bardzo nie pomoże. Trzeba działać! Tylko do tego chyba jeszcze potrzeba troszkę czasu, więc przede wszystkim tego mu życzę. Życzę im obojgu zrozumienia, które na pewno dostarczy upływ czasu. No, bo tak nie może być, żeby chłopak zawal swoje starty w konkursach, chociażby jednorazowo! Chociaż to chyba Łucja ma gorzej, bo w jej wypadku, cała sytuacja odbiła się znacząco na zdrowiu... A jeżeli dołożyć jeszcze to przeziębienie, które się do niej przypałętało, cholerka, nie wyglądało to zbyt ciekawie. Podobała mi się ta scena z oglądaniem transmisji skoków z młodszym bratem. To było urocze, a pytania malca o stan jej zdrowia chwyciły mnie za serce. Oby tylko dziewczyna naprawdę nie musiała wracać do szpitala... Eh, to chyba tylko takie marzenie nad wyraz nierealne, skoro prolog opowiadał o czymś zgoła innym. No, ale od tego wydarzenia chyba dzieli nas jeszcze trochę rozdziałów.
    Cóż mogę dodać? Czekam na ciąg dalszy!
    Pozdrawiam serdecznie :*

    OdpowiedzUsuń
  6. Spóźniona jak zawsze i to już nie liczę o ile. Ale zabrałam się za to cudo od razu, jak tylko zobaczyłam, że się pojawiło.
    Czas, czas, czas. No.

    A teraz do rzeczy. Będę Ci chyba po każdym rozdziale pisać jak ja kocham ten realizm Andreasa naszego, tą jego sprzeczność, którą ma w samym sobie. Dziecinność, objawiającą się w tych uroczych scenach z Klingental, tą uczuciowość, a jednocześnie pewność siebie, które stworzyły "Luzzie". A jednocześnie jakąś dorosłość, która wbiła mnie w ziemię, a raczej głęboko pod nią, już po samym prologu. Dociera do mnie każda jego myśl, każde słowo. Nie wiem jak to robisz, ale wpasowuje się idealnie jak w puzzlach.
    Odchodząc od Pieszczoszka i skupiając na samym odcinku, całe szczęście, że Łucja ma taką rodzinę. Ludzi, którzy nadal mają siłę żyć, wierzyć i się uśmiechać. Choć przecież jeden dzień za szpitalnymi murami, może osłabić i wyssać z człowieka całą energię. A co dopiero takie lata czekania. Na najlepsze, albo na najgorsze.
    I braciszek. Dzieci zawsze potrafią wzruszyć najgłębiej (może to dlatego Pieszczoszek, ciągle ma taką chłopięcą twarz?). Ta nadzieja, że siostra już nie trafi na oddział. Maluchy w obliczu śmierci, zawsze mogą przekazać niesamowitą energię. Bo to jest pocieszające, że one, przynajmniej one czasami potrafią w to nie wierzyć...

    Oj, kocham to Geniuszu<3 Jak dla mnie to oby Cię te nowości kusiły^^
    Ściskam i przepraszam za ten kolejny poślizg. Teraz lepsze czasy do połowy maja;)

    OdpowiedzUsuń