sobota, 13 września 2014

epilog: miło było Cię poznać, żegnaj


Pojedyncze wiązki słonecznego światła, przebijają się pomiędzy nagimi gałęziami drzew, topiąc pierwszy zimowy śnieg, który się na nich zebrał.
Dwoje dzieci przechadza się główną aleją, szukając grobu, który przykryty śnieżną powłoką niczym nie różni się od pozostałych. Starszy mężczyzna próbuje zapalić znicz, ale wiejący wiatr, nieustannie gasi płomień na jego zapałce. Jakaś kobieta krząta się przy nagrobku nieopodal, zabezpieczając go przed nadchodzącymi mrozami, a skaczący wokół niej chłopiec wciąż zadaje jej pytania dotyczące śmierci.
A ja stoję nad marmurową tablicą i odczytuję z niej każdą literkę osobno, szukając między nimi jakiegoś znaku, mówiącego, że to wszystko jest jakimś wyjątkowo nieśmiesznym żartem.
Niestety - to nie żart. Rzeczywistość po raz kolejny zrzuca mi swój ciężar na głowę, ale mimo trudności nie padam na kolana, nie rwę sobie włosów z głowy i nie wybucham histerycznym płaczem, chociaż moja bezsilność wręcz zmusza mnie bym to zrobiła. Dzielnie znoszę ból wywołany tym nieludzkim ciężarem i zastanawiam się nad tym czy człowiek ma wyznaczoną jakąś granicę cierpienia, po której przekroczeniu w końcu poczuje się w pełni szczęśliwy.
Zakres bólu, który ja dostałam w przydziale jest chyba nieskończony, nie ma wyznaczonej granicy.
Co jest najgorsze w utracie bliskiej osoby?
Gdy budzisz się rano i wydaje ci się, że wszystko jest tak jak było wcześńiej, a po chwili rzeczywistość ujawnia się w twojej głowe z całym swoim okrucieństwem. Gdy idziesz ulicą i wydaje ci się, że słyszysz swoje imię z jego ust, po czym zdajesz sobie sprawę z tego, że to tylko wymysł twojej zrozpaczonej wyobraźni. Gdy bierzesz w ręce telefon i z przyzwyczajenia sprawdzasz czy nie napisał do ciebie wiadomości. Gdy wciąż szukasz jego twarzy w tłumie.
A w każdej z tych sytuacji, do twojej głowy wkrada się to jedno kluczowe słowo, drwiące z ciebie i twojej emocjonalnej mieszanki naiwności z niedowierzaniem i rozpaczą.
Nigdy.
Nigdy już nie usłyszysz swojego imienia z tych ust.
Nigdy nie otrzymasz żadnej wiadomości z tego numeru.
Nigdy już nie zobaczysz tej twarzy.
N I G D Y!
Wiecie co jeszcze jest bolesne? Pożegnanie, kiedy wiesz, że nie przywitasz się z tą osobą ponownie.
A co jest gorsze niż wszystko wymienione wyżej razem wzięte? Świadomość, że ty żyjesz, tylko dlatego, że osoba, którą opłakujesz odeszła.
Podobno po operacji długo nie dało się mnie wybudzić. Rodzice mieli mi już wybierać trumnę, ale wtedy otworzyłam oczy i powróciłam do świata.
Świata, który od kilku miesięcy istniał już bez Twojego udziału, Andreasie.
Sporo czasu tkwiłam w bardzo dziwnym letargu, informacje przepływały przez moją głowę w tempie zwolnionym co najmniej tysiąckrotnie, dlatego nie do końca zdawałam sobie sprawę z tego co się wokół mnie działo, gdzie byłam i dlaczego tam byłam. Można powiedzieć, że byłam jak noworodek, który dopiero opuścił matczyne łono z zerową świadomością. Obrazy zaczęły formować się w mojej głowie stopniowo, bardzo powoli, a pierwszym co zobaczyłam na tyle wyraźnie by to rozpoznać, byłeś Ty. I to o pytanie o Ciebie, było pierwszym dźwiękiem jaki z siebie wydobyłam. Odpowiedź nie padła, bo i Twoje imię w moich ustach nie brzmiało wtedy na tyle wyraźnie by ktokolwiek mógł je usłyszeć.
O Twojej śmierci dowiedziałam się dużo później. Wtedy, gdy byłam już w stanie prowadzić normalną rozmowę, a mama zaczynała pakować moje rzeczy ciesząc się, że niedługo opuszczę szpital. Data wyryta na nagrobku informuje mnie, iż istnienie świata bez Ciebie trwało wtedy już prawie pół roku. Dziś to już prawie osiem miesięcy, a szpital opuściłam dopiero w zeszłym tygodniu. Chorowałam dłużej niż mi się wydawało.
Spytałam wtedy po prostu o to czy Ty także czekasz na mój powrót, czy nie uniosłeś ciężaru oglądania mnie na krawędzi śmierci i postanowiłeś poszukać szczęścia gdzie indziej.
Nie sądziłam, że doprowadzę ją tym pytaniem do łez. Myślałam, że w swojej euforii wyświergota mi głupią formułkę typu: Tego kwiata pół świata, kochanie. Nie przejmuj się!
A tymczasem, ona usiadła przy mnie i ścisnęła mnie za rękę, tak jakby to miał być nasz ostatni uścisk. Radość, która wcześniej niemalże unosiła ją nad podłogą, wyparowała w ułamku sekundy.
- Kochanie – zaczęła dość niepewnie, a łzy kapały z jej oczu, nie budząc jednak we mnie żadnych podejrzeń. - Wiesz, że ktoś musiał odejść, żebyś ty mogła przeżyć, prawda?
Otwarłam buzię by poinformować ją, że to pytanie jest kompletnie pozbawione sensu i, że nie mam ochoty myśleć o tym, że żyję dzięki czyjejś śmierci, ale zaskakująco szybko poskładałam fakty w jedną całość.
Czekałam wtedy aż znów popadnę w letarg, a ból odpłynie wraz z moją świadomością.
Bodźce z zewnątrz faktycznie przestały do mnie docierać; mama mówiła coś do mnie, ale widziałam tylko ruchy jej warg. Wkrótce i ona rozmyła się pod wpływem łez, które napłynęły do moich oczu gwałtownie jak burza, niosąca ze sobą pernamentną ulewę. To wszystko siedziało w środku. Ból osiedlił się we mnie jak pasożyt i nie miał zamiaru się nigdzie ruszać. Znalazł idealny dom.
Andreasie, to Ty miałeś żegnać mnie, nie ja Ciebie.
Na Boga! Przecież Ty miałeś w życiu cele i mnóstwo planów. To ja byłam gotowa na śmierć.
No właśnie. Gotowa...
Do śmierci można przygotowywać się latami, a ona i tak nas zaskoczy, udowadniając nam swoją nieprzewidywalność i pokazując, że są rzeczy gorsze niż umieranie.
Gdybyśmy oboje mogli żyć dłużej, nasza miłość prawdopodobnie by nie przetrwała. Każdy, nawet ten najpiękniejszy zamek z piasku w końcu zgarnia przypływ; te, które znajdują się poza zasięgiem wody, poddają się sile wiatru, a z drobinek, które wmieszały się w niezliczoną złocistą kolonię powstają kolejne budowle. Jednak żeby piasek stał się częścią solidnej konstrukcji, trzeba połączyć go z odpowiednią zaprawą, która zaciera jego piękno. Wszystko co piękne jest tylko ulotną chwilą, której nie sposób uchwycić by trwała wiecznie.
Nasza chwila była najcudowniejszą chwilą mojego życia i nie znam słów, którymi mogłabym wyrazić to jak bardzo jestem Ci za nią wdzięczna.
A jednak mimo wszystko – oddałabym ją. Oddałabym ją za możliwość cofnięcia czasu do dnia gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Schowałabym się wtedy przed Twoim wzrokiem, nim zdążyłbyś mnie dostrzec. Życie ze świadomością, że nie masz pojęcia o moim istnieniu byłoby o wiele łatwiejsze niż oglądanie świata, w którym Ciebie nie ma w ogóle.
Choć być może jednak gdzieś tu jesteś. W podmuchach wiatru, w blasku słońca, czy w topniejącym śniegu, który wkrótce znów opadnie, przynosząc ze sobą zimę, którą tak uwielbiałeś. A może kiedyś spotkamy się znów. W tym lepszym świecie. W miejscu bez czasu i materialnej przestrzeni. Tam gdzie nie ma już pożegnań i cierpienia. O ile takie miejsce naprawdę istnieje...
Żegnaj, Andreasie.


It's in the past tense
There is no making sense of it now...

_________

Może trochę przesadziłam, może to zakończenie jest trochę śmieszne i nierealne, no ale to przecież tylko fikcja :) Fikcja nie musi być realna. Mimo wszystko jestem gotowa na krytykę, bo zdaję sobie sprawę, że niektórych takie zakończenie może po prostu śmieszyć.
No.
Podsumowując całe opowiadanie – myślę, że pomysł był całkiem niezły, tylko że wykonanie pozostawia wiele do życzenia. No ale nie było najgorzej :) Trochę mi smutno, że rozstaję się z tą historią w takich okolicznościach. Bardzo lubiłam Łucję i Andreasa i myślałam, że kończąc ich historię będę wylewać łzy jak głupia, a tymczasem wyszło tak, że dopadł mnie twórczy kryzys tak silny, że oddycham z ulgą, mogąc to nareszcie zakończyć.
Dziękuję Wam za to, że tu byłyście. Szczególnie tym, które wytrwały od początku do końca, cierpliwie znosząc moje wzloty i upadki ;) Dziękuję za czas, który poświęciłyście by to przeczytać, dziękuję za KAŻDE słowo, które tutaj padło. Nawet za krytykę, a może przede wszystkim za nią. Dzięki krytyce się uczę, nie dzięki pochwałom, ale te drugie są bardzo miłą nagrodą za te wszystkie nerwy i pot wylany podczas tworzenia tych cudactw :p Krótko mówiąc – DZIĘKUJĘ ZA WSZYSTKO! Każdej z Was. Tej, która komentowała (wymieniłabym Was wszystkie, ale nie chcę ryzykować, że kogoś pominę, a przez to nieumyślnie urażę :p), a także każdej z tych, które pozostawały w ukryciu. Jesteście najlepsze i bez Was nic bym nie stworzyła :)
Co teraz? Przerwa. Tak. Tego mi teraz trzeba. Przynajmniej do listopada. Choć niewykluczone, że pani Wena wpadnie od czasu do czasu z wizytą i pierwszy rozdział na nowym blogu pojawi się nieco wcześniej ;)
Komu będzie za mną tęskno, zapraszam:

gg: 47871181

No, a jak już się uporam ze swoją kapryśną weną, będzie można znaleźć mnie tu:


A teraz żegnam ;) Do kiedyś tam!